Andrew Benigera stali czytelnicy naszego portalu znają z felietonów o tematyce polityczno-społecznej.Tym razem chcielibyśmy zaprosić Państwa do lektury pierwszej ale nie jedynej powieści tego dziennikarza polonijnego, którego bujny życiorys wystarczyłby z pewnością do nakręcenia paru hollywoodzkich filmów pełnometrażowych, głównie z gatunków sensacja , obyczajowy, thriller i komedia. Powieść …´znaczy, czerwony pająk´… przenosi czytelnika w lata 70-te w Polsce, a dokładniej biorąc na pokład słynnego polskiego transatlantyku “Stefan Batory”.


POWIEŚĆ AUTOBIOGRAFICZNA N.T. MOJEJ SŁUŻBY NA POKŁADZIE TSS ‘STEFAN BATORY’ W LATACH 70-TYCH.


Autor: Andrew BENIGER
Jörgerstrasse 24/4/24
A 1170 Vienna, Austria


Tel. +431-9576959
Mobile: 0664-1628456
e-mail: psycho.philosophyklm[at]chello[dot]at


Pierwsze szkice rozpoczęto w kwietniu 2000 roku.


[smartads]


PRZEDMOWA
Niniejsza książka nie jest parafrazą, ani też ‘na obraz i podobieństwo’ bardzo znanej i miłej mojemu sercu książki Karola Olgierda Borchardta pt. ‘Znaczy Kapitan’. Jedyną myślą przyświecającą mi podczas powstawania tej książki było opisanie i wspomnienie ludzi zatrudnionych na następcy starego ‘Batorego’ – na pokładzie tss. ‘STEFAN BATORY’ w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wiem i zdaję sobie doskonale sprawę, że wielu spośród moich byłych kolegów, przyjaciół, a także serdecznych ‘wrogów’ nie będzie mogło się wypowiedzieć na temat treści tego dziełka, gdyż wszechwładna i omnipotentna Matka Natura zabrała ich na zawsze z naszych szeregów. Tym i wszystkim Czytelnikom daję w tym miejscu uroczyste słowo honoru, że będę starał się pisać w miarę obiektywnie, nie prowokując niepotrzebnych napięć – w i tak już zmienionym społeczeństwie. Podkreślam jednakże, iż obiektywizm w moim pojęciu może czasami być drwiną, cynizmem, nabijaniem się, żartem czy ‘czarnym humorem’ – lecz zawsze fair – oto moja zasada życiowa. Dlaczego ‘znaczy, czerwony pająk’? Z ogromnej perspektywy czasu ponad ćwierćwiecza życia ludzkiego patrząc – śmiało możnaby powiedzieć, iż wiele emocji, chwilowych animozji, furii zjawisk natury, z którymi musieliśmy współegzystować, pojedynków politycznych oraz sytuacji krytycznych – wszystko to – przyblakło nieco z biegiem czasu; jednakowoż faktem historii polskiego morza pozostaje – z lekka po macoszemu potraktowana przez autorów oraz byłych członków załogi – historia polskiego transatlantyka tss ‘Stefan Batory’ – zwanego wtedy przez nas, członków załogi, po prostu ‘Stefkiem’. Mój Boże, ileż to lat upłynęło już od chwili, kiedy po raz ostatni widziałem ten statek! Był to chyba rok 1984 w porcie w Rotterdamie; byłem wtedy ‘gościem’ w kolebce Holland America Line – i tam, gdzie kiedyś dumny, twardy i rogowaty ts ‘Maasdam’ (później odkupiony i odświeżony oraz przemianowany staraniem PLO na ‘Stefka’) miał swe strategiczne leże w podróżach do Indonezji i Ameryki Północnej. Był wtedy ten statek, pomimo systemu komunistycznego – wtedy epoki ‘gierkowszczyzny’, jedynym łącznikiem pomiędzy Wschodem a Zachodem. Z jednej strony należało utrzymywać łączność pomiędzy obu brzegami ‘Wielkiej Wody’, z drugiej zaś – prawie chyba nigdzie indziej niż na tym statku – ‘czerwona nawała’ hamowała rozwój myśli, krępowała ludzkie czyny i opętywała umysły. W książce tej chciałem podreślić, iż pomimo ‘czerwonych pająków’ (kąsających nas niemiłosiernie), szereg młodych, wspaniałych ludzi tworzyło już WTEDY zalążek morskiej ‘Solidarności’, gdzie nie bano się używać odważnych słów, gdzie czyny ‘młodych gniewnych’ zaćmiewały sławę czerwonych kacyków będących WTEDY u władzy na pokładzie naszego transatlantyka. Dla mnie jako autora jest to więc powieść autobiograficzna. Część mojej młodości spędziłem na pokładzie tss ‘Stefan Batory’ jako członek załogi, gdzie udało mi się dokładnie przyjrzeć mechanizmom władzy ‘czerwonych pająków’ i rodzącym się nowym strukturom opozycji politycznej. Jakie było to cieżkie zadanie i czym okupione – o tym później. Wiem, że ludzie, których tu wspomnę, w dużej części odeszli już na ‘wieczną wachtę’, inni klepią biedę z mini emerytur w barach Trójmiasta, wielu, jak ja – wyemigrowało, służyło – lub nadal służy w obcych banderach lub towarzystwach lotniczych. Są natomiast jeszcze inni – ‘czerwoni pajęczarze’, ci, którzy z uporem niszczyli początki ruchu solidarnościowego na ‘Stefanie’ i do dzisiaj w dalszych pokoleniach ‘młodych, różowych pająków’ żyją w dostatku schedy komunistycznego dobrobytu. Chcę przy tym zaznaczyć, że książka niniejsza nie jest przeznaczona jakimkolwiek celom odwetu, żalu, czy późnej zemsty. Będą przedstawione Czytenikom fakty bez komentarzy, zostawiając uwagi Ich ocenie. Aczkolwiek nieraz trudno być obiektywnym narratorem zdarzeń tu opisywanych – nawet po prawie 30 latach. Ale czas uchylić rąbka tejemnicy . Kurty(za)na historii w górę!!!


Chciałbym dodać, że być może żyją jeszcze CI, którzy oczekiwali i oczekują na tę książkę; Ci nieznani – niepewni jutra, którzy czynem, gestem lub słowem pomagali mi w zmaganiach z molochem komunizmu – tak dalekim od szczytnych celów łaciństwa, w którym my wszyscy – chcąc nie chcąc – żyjemy i żyć musimy.
Teraz nadszedł ten moment. Książkę tę Wam – z głębi serca – polecam.


Od Autora


Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, iż ta książka mogła ujrzeć światło dzienne. Wielotetni pobyt poza granicami Polski i praca wśród ludzi wszystkich cywilizacji, kultur oraz światopoglądów wcale nie ułatwiła mi przygotowania tej serii moich wspomnień ze ‘Stefka’. Jeszcze raz serdeczne dzieki…


Książka podzielona jest na kolejne rozdziały według intencji autora – z dala od zdarzeń chronologicznych. Osoby opisane w tej książce są w większości miłe mojej pamięci, lecz nie zawsze. Staram się nie krytykować zachowując raczej ‘ponadczasową’ neutralność.


Życzę wszytkim Czytelnikom przyjemnej lektury.


Rozdział I


‘BIEGUNKA – CZYLI WARSZAWSKI „EXPRESS WIECZORNY” Z DNIA 23 CZERWCA 1970 ’


Właściwie tego dnia nie zapomnę do końca życia, gdyż on miał de¬cydujące znaczenie dla czasów mojej wczesnej młodości. Zaczęło się wszystko trywialnie: od zbyt łapczywie zjedzonych truskawek, do nagłej biegunki i – co nie jest bez znaczenia – imienin mojej cioci Wandy. W owych czasach byłem młodym, zdol¬nym człowiekiem; 22-latkiem o dobrym zdrowiu, znającym kilka języków, z pewnym obciążeniem politycz¬no-historycznym, pełnym złudnych nadziei no i oczywiście z głową pełną planów. Był dzień 23 czerwca 1970 – ze względów historyczno- politycznych tego dnia nie zapomnę nigdy. To był TEN dzień, który zade¬cydował o mojej karierze i życiu, pracy ‘poza’ domem, krajem, rodziną, ‘małą ojczyzną’ jak to lubią mówić niemieccy pisarze. TEN dzień przysłonił – ponad trzydzieści lat temu – smugą swego światła i cienia cały niemalże mój osobisty ży¬wot. Jest życiową prawdą, iż jeden tylko dzień, ów jedyny decyduje i zmienia ludz¬ką drogę nieodwołalnie – niezależnie od wieku, kraju urodzenia, zamożności lub koloru skóry. TEN jeden dzień przeżywa każda istota na Ziemi, gdyż takie jest prawo Stwórcy, od którego nie ma dla nikogo odwoła¬nia – nigdy i nigdzie. Od TEGO dnia nie uchroni nikogo również żaden ustrój – dobry lub zły.
Były więc imieniny Wandy, mojej wspaniałej warszawskiej cioci. Z małymi przerwami
mieszkałem od urodzenia w Stolicy, gdzie pobierałem nauki, obry¬wałem pierwsze ciosy i kochałem się – jak każdy z nas. Nie bardzo wiem co mnie napadło, żeby najeść się truskawek, w lekkomyślnym nadmiarze. Były, pachnące, piękne, cudowne w swej słodkości, nie mające sobie równych, nigdy już więcej tak nie sma¬kowały. Zjadłem z kilogram. Niestety, nie były umyte. Pech chciał, a doktor mądra głowa – gdyby takowy istniał – rzekłby:
– Chłopcze zostaw, umyj najpierw ręce, a potem truskawki – Niestety, ja takiego głosu rozsądku nie posłuchałem.
Skutek był natychmiastowy. Moja mama coś mi jeszcze przykazy¬wała, by ładnie się ubrać na ciocine imieni¬ny i koniecznie założyć krawat – ja zaś w najwyższym alercie zdążyłem złapać jeszcze „Express Wieczorny” z dnia 23 czerwca – popularną warszawską po¬południówkę – i jak burza wpadłem do czarującej komnaty jedno¬osobowego dumania. Ból i przebieg były bardzo gwałtowne. Minął też błyskawicznie. Za pięć minut znowu cudownie ozdrowiałem. Nie tak jednak szybko by nie otworzyć ‘expresiaka’ na ogłoszeniach. Uwagę moją skupiło ogłoszenie będące kwintesencją marzeń każde¬go chłopaka. Było ono także efektem chorobli¬wego ‘ekskluzywi¬zmu’ pewnych warstw dających ‘owo’ ogłoszenie i czaru gdańskiej inteligencji. Ogłosze¬nie brzmiało następująco:
„POLSKIE LINIE OCEANICZNE Przedsiębiorstwo Państwowe po¬szukuje kandydata na stanowisko oficera rozrywkowego na pokła¬dzie tss ‘Stefan Batory’. Wymagane warunki: wykształcenie wyższe artystyczne lub ekonomiczne. Wiek do lat 30 (ja miałem wówczas 22), biegła znajomość w mowie i piśmie języków angiel¬skiego, holenderskiego i niemieckiego. Podania prosimy kierować na adres PLO PP Gdynia ul. 10 Lutego 24…. itd., itp…”
Krótko, sportowo i diabelnie ‘bizantyńsko’, bo kto do lat 30 w ‘ko¬munie’ mógł znać biegle te trzy języki – do kupy. Ja – przyznaję zu¬pełnie bez bicia – po przeczytaniu tej enuncjacji prasowej – zdrę¬twiałem. A więc smak Wielkiej Przygody. Przygoda w okresie moje¬go bardzo młodego i jeszcze niezbyt dojrzałego życia. Szansa, którą trzeba było koniecznie wykorzystać. Jedna jedyna i niepowtarzalna. Na takie ogłoszenie praso¬we – pracownicy poszukiwani – można by w PRL-u czekać, przeżywając pięć żyć. Ba, nawet na zgniłym Za¬chodzie takich ogłoszeń nie dają – gdyż w tej formie i one są pod ladą ‘dla tych lepszych i tych jeszcze lepsiejszych, aj… aj… waj…’ Hermetycznie (niezupełnie już wtedy dla mnie) zamknięty świat otwiera się w najpiękniejszych barwach na oścież. Nie zapomnę tego upalnego wieczoru nigdy. Mimo dość wczesnego wieku – wbrew tra¬dycji ówczesnych ‘rządzicieli’ – od planu do realizacji był krok i jed¬na sekunda. Po ‘ci꿬ko’ przebytej ‘chorobie truskawkowej’ i odświe¬żeniu się należało zgłosić swój akces i odpowiedzieć na to cudowne, jednoznaczne i stawiające tak wysokie przeszkody (dla przyszłego kandydata (-tki) ogłoszenie. Można śmiało powiedzieć, iż już wtedy jakiś głos wewnętrzny wskazywał mi drogę postępowania. Dziś, po latach, mogę śmiało powiedzieć, że był to głos Ducha Świętego in¬spirujący mnie do działania i tak ogromnie wpływający na ludzkie życie, choć z drugiej strony – jednocześnie – ostrzegający mnie. Jed¬nak ja, młody człowiek miałem wtedy inne zmartwienie. Stara, po-ojcowska, adwokacka maszyna do pisania typu ‘Olym¬pia’ rocznik 1920-któryś, aczkolwiek zdatna do użytku – wybroniła wszak niejed¬nego pijaczka przed dodat¬kowymi paroma miesiącami ‘odsiadki’ – nie nadawała się atoli do wysłania pisma do Wielkiej Przygody. Się¬gnąłem tedy do mego młodzieńczego czaru ‘zalotności’ – którego nie wyzbyłem się do dzisiaj, choć siwy włos i nie to zdrowie – i pod¬rałowałem niczym ‘Błękitna Fala’ do czarującej mojej sąsiadki, p. Bilińskiej piętro niżej, szczęśliwej posiadaczki prawie nowej maszy¬ny do pisania typu DeDeRon czy Optima – coś tym guście. Przypo¬minam sobie dobrze, że moja czarująca sąsiadka dowiedziała się o treści pisma i o moim ma¬rzeniu, które tak cudownym zrządzeniem losu miało się w niedługiej przyszłości sprawdzić. Pismo moje, za¬wierające podanie o pracę na ‘Stefku’ oraz litania – wykaz dokumen¬tów były oszczędne w słowach. Sąsiedzi moi, pp. Bilińscy życzliwie odnieśli się do mojej osoby. Przemili ludzie. Pismo – mój pierwszy kontakt z Wybrzeżem, Linią Okrętową (takie rzeczy było wtedy le¬piej pisać dużymi literami) i statkiem zostało po¬błogosławione kie¬liszkiem likieru miętowego i następnego dnia skoro świt wysłane do Gdyni listem poleco¬nym. Gwoli wierności zdarzeń historycznych dodać należy, że przyjęcie imieninowe u cioci Wandy udało się wspaniale. Ze dwa tuziny wujków i cioć, reakcyjnej ‘elity nieznane¬go nikomu bliżej’ Powstania War¬szawskiego 1944 r. i hołd, oddany tym lotnikom, którzy mieli na rękawach napis POLAND i brytyjski krój mundurów. A wszystko to napędzane likierami i koniakami oraz cudownymi babeczkami z żółtym kremem oraz truskawkami, tchnęło duchem starego ‘Batorego’ i tych morskich przygód – przeważnie tych przedwo¬jennych (lepszych).
I ja już wtedy czułem, że niebawem stanę się świadkiem tych przy¬gód, wesołych, roztropnych, z lekka ‘pod¬świntuszanych’, świadkiem cudów natury stworzonej z nieba i wody, jak również rzeczy „nad¬zwyczajnych” – na które czekałem z otwartą przyłbicą. Moi Rodzice nie objawiali tego – atoli na ich twarzach pojawił się cień strachu o syna. Bardzo możliwe, że ich systemy wczesnego psycho-genetycz¬nego, można by powie¬dzieć ‘elektronicznego’, intuicyjnego wcze¬snego ostrzegania zapaliły u nich lampki koloru czerwonego.


[smartads]


Lato tego roku było piękne. Sen o morzu, o ‘Stefanie Batorym’, ten kult życia na morzu na pokładzie pol¬skiego transatlantyka był marze¬niem każdego, co bardziej roztropnego młodzieńca w moim wieku, przynaj¬mniej marzeniem nocnym, lub ‘wzdychanym’ do uszka uko¬chanej panienki. Faktem jest, iż pod koniec czerwca 1970 roku mia¬łem szanse przybliżyć się do tego celu. W tamtych, odległych już czasach, liczyło się wiele elementów i nie było zupełnie wiadomo, które w ostatecznym rozrachunku przeważą szalę. Tutaj zauważcie, że zrobię prawdziwy rachunek sumienia….. tak zupełnie, jakbym otworzył przed Wami duszę 30-parę lat temu. Ogłoszenie PLO było lapidarne. Mógł zatem zgłosić się każdy Polak z ulicy. A jednocze¬śnie zastrzeżone było wręcz horrendalnymi warunkami umowy. Już na owe czasy – powtarzam z uporem – znałem biegle wymienione trzy języki zachodniogermańskie. Mama urodzona, het nie w Polsce, lecz jeszcze w Prusach, z ogromną przymieszką krwi junkierskiej z zapałem i z furią uczyła mnie i moją bliźniaczą siostrzyczkę niemczyzny na równi z kanonami ładnej, poprawnej, ‘z dobrego domu’, nie chamskiej polszczyzny. Był to okres początku lat pięćdziesiątych, a więc pół wieku temu – o Boże, jak ten czas leci. Mnie zdarzało się to rzadziej, ale bliźniaczce częściej, że wymowa i składnia niemiecka nie bardzo wchodziła w polskie gardło – nasza krewka, wspaniała i piękna Mama niekiedy uciekała się do pomocy mokrej szmaty (Feuchtlappenmethode), co przyznaję – bardzo poprawiało ogólny stopień opanowania gramatyki i słownictwa u nas obojga. Nasza piękna, arystokratyczna Mama (do późnej starości była piękną i światłą kobietą) zadbała więc wszystkimi niemalże środkami, by nasza (moja i siostry) niemczyzna reprezentowała poziom zdecydowanie powyżej średniej krajowej. Wdzięczność należy się przeto mojej Mamie, aczkolwiek zbyt ‘agresywna’ niemczyzna w naszej rodzinie (po stronie mamy) powodowała jakże słuszny bunt dozorcy p. Stasia-alkoholika, który w odwecie za mamine nauczanie traktował mnie i siostrę ‘lotem kosmicznym miotły dozorcowskiej’ w naszej drodze ku edukacji szkolnej każdego dnia około 7.30 z rana. Ciekawe, a zarazem trudne czasy wiodły mnie i bliźniaczkę do poprawnej niemczyzny.
Główny warunek językowy: angielski. Któż by miał czelność na¬uczyć się poprawnie w mowie i piśmie po angielsku? Znałem mnó¬stwo różnych ‘dukaczy’ angielskiego, dzisiaj byśmy ich nazwali ‘pretenders’. Duka¬ła telewizja, dukało radio, śmiał mówić jakiś po¬dróżnik – redaktor światowy, ten zasłużony dla Bieruta i jego po¬pleczników poprzez Gomułkę i Gierka … aż do dzisiaj chyba działa ten towarzysz – czar PZPR-u …choć ma ze sto lat chyba, ale łeb ma jak ‘kapusta w listopadowy poranek’. Byli towarzysze, którzy wyjeż¬dżali w podróże, byli redaktorzy polityczni, którzy opanowali kulisy sztuki wymowy i pisowni języka Albionu i Di¬sneylandu, ale z upo¬rem nie potrafili powtórzyć polskiej literki ‘r’. Znacie, znamy….
No więc skąd, i z jakich powodów polityczno-ideologicznych ja po¬niżej ‘30-tki’ miałbym znać dobrze an¬gielski. Można było jeszcze zrozumieć – pod względem walki ideologicznej – uczyć się angiel¬skiego, ba, być ‘po tamtej stronie’ by bezwzględnie zniszczyć bakcy¬la wrogiej ideologii. Ale, ale, przecież mając te 22 lata, byłem nieco za młody na ‘szpiona z Ostbloku’. Trudno, wartość historyczna mo¬jego wynurzenia wyma¬ga prawdy i tylko prawdy. Już od dzieciństwa rodzice nasi (moi i bliźniaczki) oprócz uprawiania ma¬minej ‘germa¬nizacji podwórkowej’ (Warszawa, ul Marszałkowska 62 – stara stud¬nia, z cudną Madonną Powstań¬czą na środku podwórka, gdyby zna¬lazł się reżyser – napisałbym scenariusz zupełnie jak żywcem wyjęty z VICE VERSY genialnej, nagrodzonym filmowym Oscarem powie¬ści Günthera Grassa pt. ‘Blaszany Bębe¬nek’) zapragnęli nam wpoić duch języków obcych. Tak więc, poza super obowiązkowym nie¬mieckim, były początki francuszczyzny, był tez angielski pod kie¬rownictwem ‘Madame Butterfly’. Nic owa nauczycielka nie ma mia¬ła w sobie z wzoru opery Pucciniego, była natomiast wielbicielką ‘gotowanych – nadzwyczaj smacznych – maminych obiadów”, w za¬mian za co – owa przeze mnie nazwana ‘Madame Butterfly’ wkuwa¬ła nam przez parę lat kanony alfabetu angielskiego, gdyż jest on w istocie rzeczy trudny do wymowy – no i gębę trzeba tak głupio wy¬krzywiać, że aż wstyd mówić. Mama krążyła wokół nas podczas za¬jęć, tak że nawet trudno było łypnąć okiem na podwórko, a rower aż „piszczał’ – tak rwał się do drogi. Dalszy mój etap ‘dobrej angielsz¬czyzny’ zawdzięczam wspaniałemu nauczycielowi Szkoły Metody¬stów, niejakiemu Mi¬chałowi Pęksie. Gdyby dzisiejsze, pokomuni¬styczne władze mogły (i chciały) nadać komuś największy me¬dal – powiedzmy ‘podwójnego’ Orla Białego (towarzysze, tu mówię bez aluzji politycznych) to należał by się on temu człowiekowi. W latach sześćdziesiątych ów Michał potrafił zaszczepić u uczniów nieodwo¬łalną miłość do spraw brytyjskich, kultury i języka. Na miejscu Jej Królewskiej Mości Elżbiety II mianowałbym Michała – jeżeli prze¬bywa jeszcze w zdrowiu, a tuszę, że tak, bo parę lat temu wypiliśmy jeszcze kilka 50-tek w ‘Ambasadorze’ – kawalerem ‘Orderu Impe¬rium’ za jego wspaniałą pracę w tym ‘okresie’. Szkoła Metody¬stów w Warszawie była – powiedzmy sobie szczerze – kolebką nowych pokoleń opozycji przed-solidarno¬ściowej i kuźnicą dobrej, tradycyj¬nej angielszczyzny młodzieży warszawskiej okresu powojennego. Chwała Ci i dzięki Michał…
Do porządnej nauki języka angielskiego przyczynił się również mój przyjaciel Michał w sposób niebezpo¬średni – ale za to rzucający cień do końca mojej sprawności intelektualno- politycznej. Po każdej po¬gawędce lekcyjnej, również u Metodystów – ze znanych tylko sobie źródeł – wydobywał ów ideologicznie czysty człowiek coraz to nowe wydanie ‘Newsweeka’ – atlantyckie i oczywiście po angielsku. Minęło 35 długich lat od tej chwili – aż do dzisiejszego dnia leży na moim nocnym stoliku, zawsze na honorowym miejscu nowy – z tygodniowym wyprzedzeniem – numer tego popularnego amerykańskiego czasopisma. Nie muszę doda¬wać, że za czasów tow. Gomułki i tzw. komuny, ów imperialistyczny tygodnik był na czarnej liście. Teraz z perspektywy czasu, Wielkiego Pontyfikatu Polaka, Jana Pawła II, oraz kompletnego upadku myśli komuni¬stycznej – wiem dlaczego. Zdaję sobie sprawę, że w roku 1964 lub 1965 czytanie artykułów o operacjach na żywym mózgu oraz tysiącach nowinek techniki USA; nie było to dla mnie zbyt łatwą lekturą. Teraz myślę, że młodzież ma pod tym względem znacznie lepiej. Skoro więc w imię rozwoju PRL-u ujawniłem Wam Drodzy Czytelnicy rąbek prawdy o nauczaniu języków obcych w latach 60-tych i 70-tych musimy wszyscy zgodnie dojść do wniosku, że całkowita izolacja kraju od Zachodu uniemożliwiała poprawną naukę języków zachodnich. W tym też czasie moje babcie, ciocie i kuzyneczki z AK (może już ktoś słyszał), ze wspomnia¬nego już Powstania Warszawskiego – zaczęły masowo wymierać, wiec żywy kontakt z językiem był prawie niemożliwy. Jeżeli chodzi o moich śp. Rodziców to muszę przyznać, iż promowali oni (że użyję nowomod¬nego słownictwa) moje wysiłki w celu poznania języków ‘wrogów imperialistycznych’ zza Odry – mających niechybnie zakusy na moją niewinność chłopięcą oraz niezachwianą wiarę w wielki Związek Krajów Rad. Gwoli wierności tego sprawozdania -‘Stefan Batory’ szybko wyleczył mnie z cnoty chłopięcej i miłości do ZSRR. I tu w tym punkcie dochodzimy do sedna sprawy – przyczyny, dla której zamustrowano mnie na sta¬tek „Stefan Batory” w wyniku bizantyńsko skomplikowanego ogłoszenia – przyczyny, leżącej głęboko w taj¬nych aktach… UW, a może SLD, a może…..pssst, nawet nie wolno mi tego wypowiedzieć… wypisać…. Sednem sprawy i przyczyną mojej kariery na morzu jest język holenderski. Toć to przecież i dzisiaj każde SLD-owskie średnio rozwinięte dziecko wie, że jest taki kraj na świecie, który nazywa się Holandia. I że pa¬nuje tam królowa, i że 400 lat temu odkryto Australię, którą nazywano bezczelnie Nowa Holandia, Tasma¬nię, wyspę u jej południowo-wschodniego ‘cycka’, że Nowy Jork – to nic innego jak Nowy Amster¬dam, i że Kompanie Wschodnia i Zachodnia (Okrętowe) czerpały od każdego statku, od każdej osoby tak szalone, horrendalne myto, ze biedni ‘robotnicy’ w XVII wieku musieli budować domy zdobione złotem, bo musiały ‘się błyszczeć’ jako, że w Wenecji Północy trochę było za mało Daru Bożego, słońca, że w wiekach późniejszych choć historia geografii – demokratyzując się – skasowała wiele nazw czysto holenderskich po¬został do dziś, a może i na dalsze wieki pozostanie Kapsztad i Vancouver. Ciągnąc przez lata ogromne zyski, złoto, srebro i pieprz oraz wszystkie przyprawy ‘piekące gardła’ – w wyniku tego ostatniego udoskonalił się i rozwinął język kulturalny niderlandzki (my po polsku – powtarzam po polsku, mówimy potocznie ‘holender¬ski’, aczkolwiek nie jest to, sensu stricte, to samo), język znany z niemiłosiernego charczenia, (o Boże wy¬bacz) opluwania współbraci, wymowy suchotnika, wymawiającego ostatnie pragnienie przed skonem, oraz resztek pojezuicko-iberyjskich pogróżek intonacyjnych. Taki oto warunek postawił ‘pan’ PLO swoim kandy¬datom na zaszczytne stanowisko następcy Eryka Kulma (oficera rozrywkowego) na pokładzie naszego trans¬atlantyka. Któżby miał czelność opanować ten język wroga, który stanowił nieprzekraczalną barierę dla przeciętnego zjadacza chleba w PRL-u okresu gierkowszczyzny. I tu – bijąc się cały czas w piersi – muszę wyznać żem ja dokonał tego zbrodniczego czynu. A w jaki sposób: przyczyn było wiele. Pierwszą przyczyną ‘karygodnego niedbalstwa’ moich śp. Rodziców było to, że rodzina po stronie ojca pochodziła z Niderlan¬dów. Dzisiejszy uczony amerykański – ten od dzieci ‘na zamówienie’ – rzekłby – wzgląd psycho-genetycz¬ny. Proszę odesłać ‘materiał zarodowy’ do Gene-(tronic) Inc. LTD., czek na ileś tam zer zdeponować w ban¬ku Silberstein i Ska zoo…. – za 9 miesięcy ‘zmajstrujemy małego Holendra’. Teraz – z perspektywy czasu – w moim osobistym przypadku – wcale nie było to takie proste. Mój holenderski dziadziuś nigdy nie preten¬dował do mistrza pięknej polszczyzny, natomiast zachował się poprawnie w stosunku do władz “pojałtań¬skich” i z godnością odszedł na tamten świat w roku 1941 – czyli dobrych kilka lat przed pojawieniem się na tym ziemskim padole wnusia (czyli mnie). Babcia moja – o ile nie myli mnie pamięć – nigdy nie pałała mi¬łością do holenderszczyzny, mając na uwadze fakt, ze była Cyganką (Romką) i częściej ukazywała swój go¬rący temperament w lżeniu dziadziusia po cygańsku, niż w ogóle w jakimkolwiek innym języku. Dla godno¬ści tego zeznania dodaję, że gdy kończyły się możliwości lingwistyczne moich wcześniejszych protoplastów, to wynikiem swoistego consensusu był mój tatuś – i podobno paru jeszcze wujków – który przyszedł na świat akurat w pierwszym roku wieku dwudziestego…. Gwoli ścisłości historycznej: moje nazwisko rodowe (we¬dług dokumentu rodowego) było wieloczłonowe z charakterystycznym ‘van’ – van Suylenborgh van Beenin¬gher, do odczytywania do dziś na cmentarzu na wyspie Jawie (tej prawdziwej – nie sennej). Mój tatuś zaś w roku 1944 był łaskaw postradać ów dokument rodowy, gdy ‘niegrzeczni chłoptasie’ z SS i Wehrmachtu, wspomagani dzielnie przez Ukraińców – spalili dom na Chłodnej 44, w którym mieszkali moi bezpośredni protoplaści podczas ‘Historycznej Epopei Warszawy’. A więc wielki pisemny dokument moich przodków uniósł się z dymem pożarów. Mój Ojciec – warszawski adwokat, nie zdradzał bynajmniej talentów ‘niderlan¬dystycznych’ – jednakowoż, gdym zaczął podrastać w szesnasty lub siedemnasty rok życia (tu obudził się zew krwi) z wielką adwokacką zręcznością (dziś byśmy to nazwali – nos porucznika Columbo) znalazł w Warszawie kolegę, który wskazał mu adres Biura Tłumaczeń na Kruczej, gdzie ‘ktoś’ zna holenderski – i po długich pertraktacjach mógłby udzielić mi lekcji (za tatusine na owe czasy pieniądze).
W taki oto sposób dostałem się do pani Floriny de Bruijn-Pawelec, najwspanialszej w historii holenderskiej Polki. Faktem jest, iż, pod¬czas pierwszego spotkania, ‘błysnąłem’ przed nią znajomością woj¬ny światowej prowadzonej przed Holandię z ‘Japsami’ w 1941 r. na wodach Pacyfiku, podczas której, pierwszy jej mąż, wówczas do¬wódca holenderskiej kanonierki zginął śmiercią marynarza, zatopio¬ny u brzegów Indonezji. Fak¬tem jest też, że nie zabłysnąłem wtedy dobrą holenderszczyzną. Tak więc, owa pani Flora włączając swoją ‘nadtroskliwość’- prawie że matczyną – wpoiła we mnie w ciągu kil¬ku miesięcy zasady holenderskiej grama¬tyki – innej zupełnie od nie¬mieckiej czy angielskiej – a na równi skomplikowanej (ach, te sie¬dem grup niere¬gularnych czasowników – God verd…..), nauczyła mnie poprawnej, gardłowo-zapaleniowej wymowy, opo¬wiedziała ty¬siące historyjek, co wzbudzało mój młodzieńczy entuzjazm i nie¬płonną chęć związania swego życia z Holandią. Tak też się stało – niezależnie od tego czy byłbym na ‘Stefanie Batorym’ czy nie – ale to już zupełnie inna opowieść – też pełna dramaturgii i przygód. Na marginesie powiem, ze tzw. holenderska część życia uwypukliła moje tęsknoty, aby chwycić za pióro (komputera), raczej w stylu Jo¬sepha Conrada-Korzeniowskiego, coś w rodzaju ‘Szaleństwa Almey¬era’ końca XX wieku, podczas gdy praca na statku, oczywiście z per¬spektywy czasu – uwierzcie lub nie – przypominała mi jakby rolę p. Rzeckiego, którą od¬grywałbym w PRL-owskiej i PLO-wskiej jedno¬cześnie ‘Lalce’ Bolesława Prusa. Z przecudownym zjawi¬skiem mo¬jego młodzieńczego życia – lekcjami holenderskiego p. Floriny – wiązał się inny kłopot natury – powiedziałbym – czysto geograficz¬nej. Otóż pp. Pawelcowie – pani Florina z mężem i dwójką synów miesz¬kali w Piasecznie. Latem czy jesienią nie było kłopotów – ale konia z rzędem temu – kto w końcu lat 60-tych zechciałby w śnieżną i mroźną zimę zacząć lekcje o 18.00 a zakończyć o 19.30 i powrócić do Warszawy jeszcze tego samego wieczora. Były to odlegle czasy, pamiętam, że archaiczna ‘ciuchcia’ z początku XX wieku jeszcze najdzielniej broniła się przed zimą, gdy autobusy miejskie czy PKS dawno były już zasypane białym puchem. Często też w nocy wędro¬wałem przez jaśniejącą śniegiem szosę wzdłuż przysypywanych ni¬tek żelaznej drogi, ciuchci do przystanku na Wyścigach Konnych – na piechotę!!…. Ów szaleńczy, nie¬malże Syzyfowy wysiłek opłacił się sowicie. Poznałem – poprzez prawdziwą Holenderkę – być może kiero¬wał mną zew krwi – tajniki holenderszczyzny, jak to zostało parę lat później trafnie, nieco ‘grubiańsko’ skwitowane przez słynne¬go intendenta ‘Batorego’ Henia Szenka. Tak oto przedstawiłem ‘du¬chowe zakamar¬ki’ posiadania dosyć rozległej, jak na owe czasy, wie¬dzy językowej – element, który wpłynął na mą decyzję, by wziąć udział w konkursie na stanowisko oficera rozrywkowego na ‘Stefa¬nie Batorym’, rozpisanym w roku Pańskim 1970.


[smartads]


Nie jest to jeszcze koniec mojej spowiedzi. Warunki główne – języki – zostały już ‘wyspowiadane’. Mogły być też inne przeszkody, z któ¬rych nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy. Mogło być słabe zdrowie – do tematu powrócę, gdyż i ta przeszkoda w drodze do ‘rozrywkowego’ nie została mi oszczędzona.
Mogły być przyczyny natury osobistej – boć to przecież trudno się dziwić, że dwudziestoparolatek mógłby być zakochany – i był – mi¬łością jedyną, niezastąpioną i niepowtarzalną. O sprawach miłości przez małe i duże ‘M’ znajdzie się jeszcze sporo opowiadań w tej książce – ale zostawmy to na później. W moim kon¬kretnym przypad¬ku – w owych czasach kochałem się – kochałem, tak jak kochać się powinno i jak to było najbardziej naturalnie dane mi przez Stwórcę i młode, niezbyt jeszcze jurne, – na starość wybujałe – marze¬niami ży¬cie. Przecież pamiętacie Czytelnicy, że na stronach tego rozdziału wspominałem, że babka moja była Cyganichą…. To, że potem moje nadprogramowe miłości stały się zwykłym, brutalnym ‘casanovi¬zmem’ – to rzecz normalna na statku pasażerskim – wtedy jednak Elżbietę kochałem miłością normalnego, warszawskiego szczura lą¬dowego. Elżbieta była i jest kobietą wielkiego serca. W czasach mo¬jej wczesnej młodości poznaliśmy się na wspólnej nauce języka an¬gielskiego u ‘Metodystów’. Chodziło mi wtedy nie tyle o tajniki lite¬ratury ‘wielkiego Mistrza’ ze Stradford-on-the Avon, ile o te nieza¬pomniane majowe, upojne, pachnące bzem wieczorne spacery i lody w ‘Palermo’ na Mokotowskiej. Nasza znajomość i miłość z Elżbietą – w starszym wieku pisząc słowo miłość trzeba być już uważnym, by się nie ośmieszyć – trwała lata i była w ‘gorącym’ stadium, gdy Elż¬bieta dowiedziała się o mojej przygodzie z ogłoszeniem w ‘Expressie Wieczornym’. Jak większość kobiet świata – nie była pod tym względem wyjątkiem – zareagowała z dosyć dużą rezerwą. W proce¬sie myślowym ludzi lądu – morze, lub praca na statku, kojarzą się z brakiem dyscypliny moralnej, inaczej mówiąc z rozwiązłością; co mogłoby zepsuć każdy układ partnerski – dlatego też Elżbieta była pełna dystansu, zresztą nigdy nie wierzyła, iż ‘pan PLO’ zechce dać odpowiedź na moją ofertę pracy na ‘Stefku’. Twierdząc, iż na to miejsce zgłoszą się tysiące – miała absolutną rację. Nie miała zaś racji – gdyż ‘pan PLO’ odpowiedzi udzielił…
Zanim jednak dojdę do tej zbożnej chwili, opowiem jeszcze w tele¬graficznym skrócie reakcję ojca Elżbiety. Znamienity ten człowiek, miły mej pamięci – jak również ‘z liekka kresowa Mama’ – patrzyli z podziwem na mój szalony zryw ku karierze marynarskiej. Ojciec Elżbiety był zawodowym dyplomatą, ‘odsiadującym po ileś tam lat’ w zagranicznych krajach – w momencie, gdy miałem zostać maryna¬rzem był jakimś tam działa¬czem od RWPG (pamiętacie młodzi lu¬dzie z nauki historii, jak to dobrze ludziom żyło się za czasów tow. Gierka). Reakcja ojca Elżbiety była znamienna i teraz powiem szcze¬rze, iż po niej nawet kilka nocy z rzędu źle spałem. Rzekł on wtedy: – „czeka cię chłopie wielka kariera, od oficera rozrywkowego na ‘Stefanie Bato¬rym’ możesz szybko dojść po szczeblach dyplomacji na szczyty – a może nawet, krok po kroku, do I sekre¬tarza partii”. Rzeczywiście – parę nocy po tej wypowiedzi nie spałem za dobrze… Stanęło na tym, że moje życie osobiste, reprezentowane na one czasy przez piękną Elżbietę było utrudnione – jakże zrozumiałym – scepty¬cyzmem.
Największym jednak czynnikiem zbliżającym człowieka do wytknię¬tego celu była bujna młodość – i ta mnie pchała nieprzeparcie ku dal¬szym losom na morzu. W tym też czasie znalem wielu wspaniałych ludzi nieba, ludzi, wśród których spędziłem po ‘Stefku’ ponad 20 lat życia – niektórzy z nich do dziś jeszcze służą na wielkich odrzutowcach PLL LOT. Ci, dowiedziawszy się o moich wyczynach ogłoszeniowo – ‘batorow¬skich’ starali się mnie z jednej strony utrzymać przy ‘umysłowej dewiacji lotniczej’ (przy miłości do lotnic¬twa pasażerskiego), z drugiej zaś strony wyśmiewali moją rzetelność – niezupełnie wtedy jeszcze lotniczą – z tytułem ‘rozrywkowy’. Wtedy też kapitan Edward Makula (wielka sława historii polskiego lotnictwa) wspomniał coś o ‘rozgrywkowym’, a nie rozrywkowym. Wielu kolegów ‘podniebnych dróg’ kwestionowało moje aspiracje morsko-rozrywkowe, gdyż w istocie rzeczy Bóg nie obdarzył mnie wielkim wzrostem, a uj¬mując rzecz trywialnie – metr pięćdziesiąt ‘w kapeluszu’. Zresztą wielu moich przyjaciół z LOT-u było taki¬mi samymi romantykami morza i powietrza jak ja oraz śp. pan Ignacy Rzecki z ‘Lalki’ Prusa. Pamiętam, że parę lat później wiele z tej czary romantyki lotnictwa ‘sowieckiego’ prysło 14 marca 1980 roku wraz ze szczątkami ‘Kopernika’ na kilkanaście sekund przed progiem pasa warszawskiego Okęcia.
Niesłusznie, na owe czasy, wyśmiewali się moi koledzy-lotnicy z moich uzdolnień kulturalno-artystycznych. Jak już opisywałem, moja wspaniała śp. Mama odebrała wszystkie przynależne jej kano¬ny wychowania koń¬ca XIX wieku. Dojrzewała w dobrobycie arysto¬kracji okresu zaborowego, zdobyła ona poza językami rów¬nież fanta¬styczne wykształcenie muzyczne. Nie tylko, że dysponowała ona wspaniałym sopranem, ale rów¬nież świetnie grała na fortepianie i była wielką wielbicielką muzyki klasycznej. Całe jej życie młodzieńcze było jednym wielkim pragnieniem śpiewu, tańca i muzyki, a ukoronowaniem tego były wielokrotne tańce w pierwszej parze z ‘dziadkiem’ Piłsudskim w okresie II Rzeczypospolitej. Pozostała mi po Mamie miłość do muzyki klasycznej, pewnego rodzaju rozumienie muzyki, dobre maniery, kindersztuba i cała masa walorów potem, tak ładnie ocenionych przez późniejszego mego przyjaciela Eryka Kulma i cały klan bardzo oświeco¬nych i inteligentnych Kulmów. Miałem więc predyspozycje. Mój niski wzrost deprymował mnie przy tańcu, gdyż – tu powiem szczerze – każda, ale to przeważnie każda partnerka przewyższała mnie o głowę (co naj¬mniej o jedną), ale to, jak się okazało w praktyce (po)życia na ‘Stefku’ nigdy nikomu nie przeszkadzało. Zresztą sam mistrz Eryk Kulm był raczej niski, mego wzrostu – i na owe czasy korpulentny – tego ostatniego mi wtedy nie przypisywano. Mój wzrost – będący niczym innym – jak tylko darem Bożym stal się też przy¬czyną wielu niefortunnych, komicznych i żenujących wręcz faux pas PLO w dalszych staraniach o ‘idealne¬go’ kandydata na stanowisko oficera rozrywkowego. Tyle mego wyznania przedwstępnego, tytułem zorien¬towania Czytelnika o moich wątpliwościach, blaskach i nadziejach związanych z pracą u ‘pana PLO’.
Zdawałem sobie doskonale sprawę z faktu, że nie byłem członkiem ‘naszej polskiej zjednoczonej’, ba, co więcej przeszłość obojga ro¬dziców nie była bynajmniej odpowiednia, by zostać ‘współpracowni¬kiem pol¬skiego frontu ideologicznego’, być na pierwszej linii kon¬frontacji ze ‘zgniłym’ Zachodem, tym imperiali¬stycznym molochem drążącym dziurę w ideologii towarzyszy Marksa, Engelsa i Lenina oraz im podobnych uzdrowicieli świata. Jakiś możliwy wywiad per¬sonalny prowadzony przez lokalnego UB-eka – wspominali o takich towarzyszach koledzy z PLL LOT – lub wręcz lokalnego milicjanta spędzał mi sen z powiek. Wtedy też prowadziłem się chyba najlepiej w ciągu całego mojego długiego życia. Nawet cień możliwości kup¬na piwa w butelce w ‘Samie’ na Saskiej Kępie mógł pogrzebać sen o czarownych morzach widzianych z pokła¬du ‘Stefka’. Sąsiadkom się kłaniałem, sąsiadom pomagałem rozruszać ‘Syrenki’ na ‘pych’, sta¬łem się miłym i dworskim młodzieńcem, napędzanym szaleńczą my¬ślą o czekających mnie zmianach….
Mijały tygodnie, mijały miesiące, a moja szybka wizja przeprowa¬dzenia rozmowy kwalifikacyjnej stawała się coraz bardziej odległa. Z biegiem czasu cała sprawa zaczęła mi się wydawać coraz bardziej beznadziejna, była jakimś bujaniem w obłokach, gdyż zdawałem so¬bie sprawę z faktu, iż nie ja sam jeden, lecz setki lub ty¬siące młodych ludzi, potencjalnych kandydatów zgłosiło się na ogłoszenie Polskich Linii Oceanicznych. Po¬tem nadszedł czas komentarzy, podszeptów, dobrych rad, itd. Wiadomo, gdy człowiek jest bardzo młody cala hi¬storia nabiera magicznego wręcz znaczenia i milczenie, to, co może wtedy byłoby bardziej roztropne – było czymś niemożliwym. Czło¬wiek, który stara się o pracę na pokładzie ‘chluby Narodu’ nie powi¬nien się tego wstydzić, ukrywać i kamuflować. Język sam się rozplą¬tuje – nawet bez tych przysłowiowych kropelek – tak więc część wujków i ciotek, pewnej ‘części zaufanych ideologicznie znajomych’ znało mój akces do Przygody, do Wielkiej Przygody.
Mijały dalsze tygodnie, przyszła jesień ‘opromieniona’ dożynkowym przemówieniem tow. Gierka, wszyst¬kim żyło się dostatnio… a ja zbiegałem jak wariat do skrzynki pocztowej….i klapa…nic….
Wreszcie nadszedł wielki dzień, nawet niektórzy wujkowie nazwali go dniem ‘W’, tak jak w Powstaniu 44 roku. Brudna, szara koperta formatu A5 z zielonym nadrukiem PLO i niezbyt ‘chlujnym’ napi¬sem oraz bo¬homazem statku zawierająca w swej treści prośbę o wy¬pełnienie formularza osobowego oraz wykazu braku¬jących doku¬mentów osobistych jak: poświadczenie komisji wojskowej, lekar¬skiej, urzędu meldunkowego, niekaralności i takich tam ‘bzdetów’ urzędowych. Ja nieomalże nie oszalałem z radości. A więc przeczy¬tali i zareagowali pozytywnie. Boże, wiec zapach morza wtargnął za pomocą owego brudnawego pisemka do mieszczańskiego, ‘wychu¬chanego’ maminą ręką mieszkanka na Saskiej Kępie. Papierzyska miały termin około półtora tygodnia, więc zabrałem się do roboty co się zowie. Wspominam przy tym wesoło momenty związane z mo¬imi oficjalnymi staraniami o pracę na polskich statkach morskich lat siedemdziesiątych ze¬szłego wieku. Zacząłem od dzielnego ‘woja’- Rejonowej Komendy Uzupełnień. Duszą tego organu obronno¬ści warszawskiej dzielnicy Warszawa Praga – Południe był, chyba już ‘podtatusiały’ 55 letni – mój Boże, co ja mam teraz mówić o moim wieku – pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, ten, który napraw¬dę szedł ‘piechotą od Oki do Berlina’. Gdy ustnie wyłuszczyłem mu swą prośbę, ten spojrzał na mnie jak na wariata.
– To cóż, idziecie do Marwoju – koncentruje swój umysł za¬służony towarzysz spoglądając na mnie marsowym wzro¬kiem.
– Nie proszę pa… panie pułkowniku, ja chcę pracować na stat¬ku “Stefan Batory” w charakterze ofice¬ra rozrywkowego – odzywam się cicho.
– W PZPR, ot, jest – odzywa się pułkownik w stanie spoczyn¬ku, na tak ważnej dla społeczeństwa funkcji dla obronności ojczyzny.
– Nie jest – odrzekam jeszcze ciszej.
– …..
Następuje długa chwila milczenia. Chciałoby się powiedzieć – słyszę jak głośno pracuje myśl mego interlo¬kutora.
– Oficer, jaki tam rozrywkowy, chalijera……
Mając w owym czasie zdrowe powonienie i sokoli wzrok dostrze¬głem mgiełkę specyficznej zadumy w oczach strażnika naszych su¬werennych granic na Odrze i Nysie (Łużyckiej), potem zaś ledwo odczuwalny zapach C2H5(OH), czyli mówiąc mniej uczenie, wó¬deczności. Wydawało mi się – chyba ideologiczne bar¬dzo krzywdzą¬co – że ten, co kosztem własnej przelanej krwi i frontowego samogo¬nu szykował pospolite ru¬szenie dla ‘Pragi Południe’ miał spojrzenie przepełnione tęsknotą za brakującymi mu kropelkami. Tutaj po¬wiem prawdę: kursuje powiedzonko w Polsce wielodzielnicowej, złączonej braterstwem wszystkich ziem starych – przegranych i nowych – wyzwolonych w roku 1945, że ‘nie masz cwaniaka nad warsiawiaka’. Nie wiem też, po kim z rodziny odziedziczyłem ‘delikatność uczuć’ w postępowaniu z osobami urzędowymi – faktem pełnym szczerego autentyzmu jest, iż pouczony przedtem instrukcją mego przyjaciela Ryszarda Bie¬nia, biegłego w wojskowości – mistrza w Studium Wojskowym – wyciągnąłem szybkim ruchem butelczynę ‘Wyborowej’. Ten magiczny wytwór polskiego przemysłu monopolowego zmienił wyraz twarzy i postawę dowódcy ’pospolitego ruszenia’. Szeroki i ojcowski uśmiech zagościł na jego ustach. Z szeroko rozpostartą dłonią – tego, który mnie wyzwolił, gdy byłem jeszcze w rodzicielskich planach – rzekł krótko: sprawdzę waszą kartotekę. Butelczyna zagościła na trwałe w dłoni mego wyzwoliciela – wkrótce potem usłyszałem charakterystyczny gulgot i na koniec ujrzałem wesołą postać ‘ojcującego’ mi przedstawiciela Ludowego Wojska Polskiego. Wręczył mi upragniony ‘tajny’ dokument.
– Nu, a pływać by cię w Marwoju nauczyli…. – nie bardzo do niego docierała nazwa PLO – nauczyli, zresztą, chaljera na co komu to się zda… – rzecze mój mundurowy anioł stróż. – Nu, są jeszcze lu¬dzie na świecie – to wszystko co usłyszałem jeszcze ‘wypadając’ z Komisji Wojskowej. Mój osobi¬sty, wielki i szlachetny okres mojego pułkownikowania oraz ‘niezaprzeczalnych’ zasług dla LWP jeszcze nie nad¬szedł…
Radosny jak szczygiełek skierowałem swe kroki do szacownej Ko¬misji Lekarskiej. Tu zadanie było znacznie łatwiejsze. Miałem swoje powody, hmmmmm. Powodem tego była moja wieloletnia przyja¬ciółka, miła mo¬jemu sercu pani doktor Alicja. Tu wspominam młod¬szemu pokoleniu – wbrew wszystkim ‘rewolucjom’ Służby Zdrowia, że PRL pierwsza wprowadziła instytucję ‘lekarza domowego’ w la¬tach jeszcze tow. ‘Ga¬dułki’…Gomułki. Problem polegał na tym, że trzeba było za wszelka cenę żyć dobrze z lekarzem rejono¬wym. Bia¬da neptkowi, który ‘podpadł’ w rejonie. Jak już wspominałem – ob¬racając się w gronie podnieb¬nych kolesiów – ci zawsze ‘wyrwali’ ze strefy wolnocłowej mocniejsze kropelki – byłem ‘mocno zaufanym’ pacjentem mojej kochanej rejonowej doktor Alicji .O to, żeby szło o skomplikowane badanie organoleptycz¬no-fizyko-chemiczno-labora¬toryjne mych młodych – jakże prężnych wówczas członków – nie chodziło niko¬mu. Po prostu, delikatnie mówiąc – mimo krótkiego wzrostu, co Pani Doktor wcale nie przeszkadzało – moje wizyty na¬tury medycznej polegały na wspólnym spożywaniu napojów czasem w mieszkaniu, czasem w Ga¬bLek-skim, czasem w kawiarni, czasem w Rentgenie… tam gdzie serce wskazywało. Ciężko i uczciwie za¬skarbiłem sobie zaufanie Rejonowej Służby Zdrowia. Jak śmiałbym pokazać się w Gdyni, na tamtejszej Ko¬misji Lekarskiej, gdyby jaki¬kolwiek, nawet ten najmniejszy, organ mego ciała nie działał prawi¬dłowo. Prze¬cież oficer rozrywkowy musi być silny jak sam ‘Król Stefan Pierwszy, Wielki Batory’, wychlać pół beczki gorzałki na miodzie, zapić czterema pucharami małmazji itd., itp.. Ja musiałem być ideałem zdrowia, nie¬złomnego, prężnie rozwijającego się w duchu socjalizmu i miłości proletariatu kraju…. Na Alicji moje ma¬rzenia o ‘Stefanie Batorym’ wywarły wrażenie… magicznie. Nie dosyć, że skonsumowaliśmy parę kropelek na tę intencję… i tego, cóż to chciałem rzec jeszcze…
Godne ‘prawdziwego’, zdrowego na ciele i umyśle obywatela PRL-u świadectwo zdrowia ogólnego otrzy¬małem ku chwale kadrowców z PLO.
Takim oto sposobem dwa najważniejsze dokumenty mego ówcze¬snego życia trzymałem mocno w garści. Pozostałe papierzyska nie stwarzały żadnych przeszkód i uzyskanie ich odbyło się chyba mniej kolorowo niż moje poprzednie ‘drogi służbowe’, gdyż pamięć zatarła te momenty. Dla dopełnienia tajemnicy służbo¬wej PLO dodam, że Linie (przez duże L) nie żądały w owym okresie żadnych zaświad¬czeń parafialnych – na wszelki zaś wypadek – ale dureń – wziąłem – odpowiednie poświadczenie od proboszcza Tadeusza Kota na Sa¬skiej Kępie – pro principiam matrimoniam…. Faktem jest, że w przewidzianym czasie przekazałem do Gdyni całą wymaganą doku¬mentację osobistą…..
I znowu minęło kilka długich miesięcy… Nadzieja, nie zawsze będą¬ca matką głupich – znowu zaczęła kur¬czyć się jak płomyczek przy ognisku monotonii zjawisk codziennych. Wreszcie… ni z gruszki, ni z pietrusz¬ki… gdy już zwątpiłem w wiatr morski, przychodzi mała kopertka ze znakami firmowymi PLO. Treść listu lakoniczno-nie¬przejrzysta. Mam przybyć do Gdyni. Po raz pierwszy w moim doro¬słym życiu. Po¬zostałe przy duszy dolary zamieniam na złote i ze zbożną myślą odżywiania się w jakimś barze mlecznym stolicy pol¬skiej marynarki pasażerskiej, siadam do pociągu ‘nie byle jakiego’ do Gdyni. Zakwaterowanie przyznano mi w ‘Domu Pij… – przepra¬szam – Marynarza’. Zgłaszam się przy ulicy 10 Lutego 24, w samym centrum ‘trustu mózgów’ Polskich Linii Oceanicznych. Jest punktu¬alnie dziewiąta rano. Mam się zgłosić do pana …. S. Żegnaj szczurze lądowy, witaj człowieku morza – tylko tyle zdążyłem pomyśleć…

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags

znaczy czerwony pająk, czerwony pająk, darew beniger, tss stefan batory andrew beniger