Rozdział II
‘OFICER ROZRYWKOWY – CZYLI ZŁY STAN JĄDER; KO¬MISJA LEKARSKA’


Drzwi się za mną zamknęły – na razie, póki co – jeszcze nie zatrza¬snęły….. W pełni świadomy oczekują¬cych mnie wrażeń ‘personalno-morskich’ nauczony ‘maminą kindersztubą’ uśmiecham się szeroko i staję w postawie pełnej szacunku przed tow. kadrowcem. Mizerny ten człeczyna, w niedbale połatanym, szmatła¬wym pulowerku na ra¬mionach oraz niewidzących żelazka ‘rurach’ spodni – przepraszam za wyrażenie – przyjął mnie chłodnym wzrokiem przemęczonego i niedospanego urzędnika i rzekł:
– O, witam panie ‘rozrywkowy’ – czy ma pan wszystkie po¬trzebne załączniki?
– Witam,…. ależ oczywiście… wszystko według listy sporzą¬dzonej przez Dział Kadr.
Trzeba było w tamtych czasach być śmiałym, więc też śmiałym ru¬chem ‘wygruziłem’ na biurko kadrowca wspomniane papierzyska, że wymienię tylko kilka o znaczeniu witalnym: warszawska analiza kału…. chyba na (do)nosicielstwo, wyniki badania uryny, certyfikat o niekaralności – na razie nie podpisany przez królową holenderską Beatrix, bo nie byliśmy jeszcze w dobrej komitywie – zaświadczenie z Rady Spółdzielni Miesz¬kaniowej ‘Energetyka’ o zasiedleniu, a te¬raz na morzu o czasowym ‘odsiedleniu’, zaświadczenie o póki co – ‘nie-alimentacji’, wreszcie moje oświadczenie na intencję gdybym ‘zszedł’ (chyba bez zezwolenia władz) z tego padołu ziemskiego śmiercią marynarza i parę jeszcze ‘upierdliwych’ załączników. Jakie to wywarło wrażenie na moim pierwszym kontakcie z Wielką Przygodą – nie wiem? Wiem natomiast, że siedząc w sku¬pieniu około 45 minut pan towarzysz-kadrowiec oddał się z upodobaniem śledzeniu papierów z warszawski¬mi – jeszcze – pieczątkami. No cóż, Stolica – proszę wycieczki… Przyznaję uczciwie, iż i ja również odda¬łem się smętnej analizie mojego interlokutora…


[smartads]


Niedospany ten człowieczyna (nazwiska nie powiem, bo nie wpisał się niczym godnym w moje życie) wpadł w trans lektury moich do¬kumentów, gdy pozwoliłem sobie na krótką wycieczkę myślową w przeszłość.
Przypomniałem sobie Drodzy Czytelnicy wspaniałą p. Florinę de Bruijn – moją nauczycielkę ‘holenderskie¬go życia’, a zarazem cieka¬wy model psychologiczny. Starała się ona wskazywać mi delikatną zmysłowość języka holenderskiego. Ten w rzeczywistości agresyw¬ny i dosyć brutalny w wymowie język zachodnioger¬mański – po¬przez lata handlu, odkryć geograficznych i kolonializmu (dzisiaj na¬zywamy to globalizmem) – wypracował w sobie określenie ‘skom¬plikowane relacje międzyludzkie’. Chciałbym i ja w formie parafra¬zy wrzucić te ‘skomplikowane relacje międzyludzkie’ do mego skromnego dziełka – ilekroć przydarzy mi się rozpatrywać, czasami nawet i roztrząsać, stosunki polsko-żydowsko-gdańsko-śląsko-po¬znańsko-proniemiec¬kie lub prosowieckie itd., itp. Atoli wszystkie te relacje zachodziły w moich ‘kontaktach’ międzyludzkich na lądzie w PLO i na samym statku – dlatego pozwoliłem sobie na tę małą dygresję “holendersko-psychologicz¬ną”, zachowując w serdecznej pamięci p. Florinę… No i co???!!… – miałem rację. Pan towarzysz kadrowiec zaczął brać mnie w obroty. Twarz jego przybrała wygląd gorliwego patrioty, który na swym odpowiedzial¬nym stanowisku ma wytropić rewizjonistów i szpionów ze zgniłego Zachodu, czyniących zakusy na funkcję oficera rozrywkowego na tss ‘Stefan Batory’, funkcję, którą mój ‘konkurent’ – a z biegiem lat i serdeczny przyjaciel – Eryk Kulm okupił personalnym wypiciem ‘ze skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi’ kil¬kunastu cystern czteroosiowych PKP wódki oraz koniaku – by utrzymać ten ważny ‘kaganek patriotyzmu’- dożywotnio. Kadrowiec – jak każdy zdrowo myślący patriota – przyglądał mi się badawczo, zadawszy kilka pokrętnych pytań, analizował każdy mój wdech i wydech, po czym orzekł:
– Papiery u pana w porządku.
Dostałem kopniaka na dalszą drogę urzędniczo – kadrową. No i jak tu nie wierzyć w Opatrzność. Po niezbyt przyjemnej konfrontacji z ‘męskim’ kadrowcem spotkała mnie niespodzianka – jedna z najmil¬szych w mojej morskiej historii. Na dalsze egzaminy zostałem skie¬rowany do uroczej na owe czasy (a pewnie do dzisiaj), p. Krysi Ski¬bińskiej, sekretarki szefa Działu Kadr. Dla precyzji tego miłego wy¬padku losowego dodam, że żony komandora Marwoju. Przemiła ta pani przyjęła mnie serdecznie, dziś byśmy powiedzieli ‘po ludzku’, napoiła kawą i wspaniałymi czekoladkami i wyjednała konieczne stempelki na dalszą drogę urzędową ofice¬ra rozrywkowego – in spe. Obiecała też spotkanie osobiste z szefem, nie miałem specjalnej inklinacji ku temu – lecz w związku z… ‘wielką rolą’, przypadłą mi z gazetowego ogłoszenia – i tego towarzysza musia¬łem obejrzeć… Szef był zresztą ‘obrzydliwym chamem’ na wysokim stołku. Zastanawiam się, jakby to ade¬kwatnie nazwać – ‘nabzdyczony Łemek – karierowicz’, oto jakbym mógł pokrótce opisać jego półgłówko¬wate, chamskie zachowanie… pierwszego boga – przed Bogiem w Niebie czyli w kadrach ‘pana PLO’. Na moje szczęście piękna sekretarka Krysia umilała mi życie – od czasu do czasu – z lękiem rzucając okiem na ciężkie, dębowe, ‘zaskórowane’ hermetycznie drzwi szefa. Mogę wystąpić o drugi krok na mej drodze karie¬ry morskiej. Cały czas głowiłem się, na czym będzie polegał ‘egzamin na Stefka’. Oczyma swojej duszy wy¬obrażałem sobie ogromne sale egzaminacyjne, tłumy podobnych mi kandydatów nauk wszelakich na roz(g)rywkowego, tymczasem ja napotkałem na zwykły dzień pracy dużego przedsiębiorstwa żeglugowego. Na owe czasy PLO były światowym gigantem w przewozach liniowych – bodajże drugie miejsce na świecie z ponad 200 statkami (teraz, jak wieść gminna niesie, interes to ‘plajtopodobny’) Gdzie te cymesy…pytam??? Już – bezczelnie domyślałem się, że czujni towarzysze frontu ideologicznego na pokładzie nasze¬go transatlantyka musieli (teoretycznie) znać języki obce, by mnie i tysiące innych, podobnych mi facetów przesiać przez sito piekła egzaminacyjnego. Tymczasem nic się takiego nie zapowiadało… Języki były wy¬mogiem konkursu – sine qua non – dostać się tedy na ‘Batorego’ bez przesiewu było czystą niemożliwością – jak to ładnie ujmują Amerykanie – physical impossibility. A więc wynikało z tego jasno, że należałoby moje ciało (a może także i umysł) przedłożyć jakiejkolwiek komisji egzaminacyjnej. Komisji, Drodzy Czy¬telnicy, która mogłaby mnie przeegzaminować – chodziło przecież o piekielne, horrendalne warunki – niedo¬ścigłe w tamtych czasach ustroju równości i sprawiedliwości społecznej – znaleźć człowieka z perfekcyjnym angielskim, holenderskim i niemieckim, poniżej 30-tki. I to oczywiście – ma się rozumieć – takiego, który z matczynym mlekiem wyssał nieśmiertelne idee marksizmu i leninizmu. O fenomenalnych meandrach syste¬mu kwalifikacji pracowników na polskie statki morskie nie zapomnę tak szybko. Życzyłbym sobie jednak bardzo, by Czytelnik raczył sobie uzmysłowić, że na ‘Stefanie Batorym’ można było być kompletnie ‘ampu¬towanym’ na mózgu, nie umieć kompletnie nic (a nic), a zarazem piastować wszystkie możliwe wysokie funkcje dowódcze dożywotnio – lub, co było (alko)dopustem Bożym i klątwą partii – do objawienia się mar¬skości wątroby lub delirium tremens. Warunkiem sukcesu były ‘chody’, wiernopoddańcza zależność od PZPR-u, układy rodzinne, lub inne ‘podkłady’ i niebywałe, niesłychane lizusostwo (tego na szerokim świe¬cie nigdy nie doświadczyłem, może tylko podobne na dworze króla Jordanii i w jego liniach powietrznych). Aby być bossem na ‘Batorym’ należało wylizać kilka ‘tylnych skoków’ czerwonym, czarnym, fioletowym (jeszcze bez władzy), zielonym (byli wtedy jeszcze w rozsypce) kacykom, by uzyskać te najprawdziwsze stopnie oficerskie jak np. kapitan, st. mechanik, lub zdać kilka para-egzaminów przed komisją ‘kolesiów’, by załadować się na wieki – senso stricte – na takie stanowiska o zgoła eufemistycznych szczeblach kariery morsko-zawodowej, jak: wine-steward (steward zajmujący się wyłącznie serwowaniem cocktaili… ale fucha), barman (to byli pierwsi w Polsce mili(ard)one-rzy, różnego autoramentu ochmistrze itd., itp. Teraz – z ogromnej perspektywy czasu – podejrzewam, ale to mówię Czytelnikom w zaufaniu, iż funkcja ochmistrza kabinowego, restauracyjnego lub ‘nocnego’ nie wymagała głębokich studiów filozoficznych nad duszą pasażera – podstawówka w lasach kieleckich u tow. Moczara była wystarczającym ‘uniwersytetem’ klasy robotniczej. Jak się już wkrótce dowiedziałem, wcale nie stanowisko oficera rozrywkowego było największym marzeniem młodych gdańszczan. Równi mi wiekiem i ambicjami marynarze ‘Batorego’ chcieli być po prostu barmanami lub wine-stewardami. Wiązało się to niechybnie z krociami banknotów, które rodziły się na ‘batorowym pniu’ i przysparzały nieopisanych dóbr dżentelmenom w idealnie, ręcznie pranych (przez specjalnie zamówione do tego celu służące – praczki) – białych barmańskich kubraczkach i naszywce ‘admiralskiej’ na lewym ramieniu. Na lądzie, w Gdyni, barmanów nazywano nawet ‘sputnikami’ z racji posiadania wysokiej klasy ‘automobilów’, którymi obsługiwali kadrę dowódczą i prominencję Wybrzeża na Nabrzeże Francuskie, gdzie rezydował w porcie krajowym ‘Stefek’. Cóż to były te mizerne apanaże kapitana i oficerów w porównaniu z prawdziwymi ‘sputnikami’ – nazywanymi potem przez mnie pieszczotliwie ‘Rasputinami’. Ale do tych ‘cudeniek finansjery’ światowej powrócę później z racji moich częstych ‘kontaktów’ ze światem załogi ‘batorowskiej’. Zupełnie nie przewidywałem na tym etapie mojej przygody z morzem, że będę miał to szczęście zobaczyć owo ‘piekiełko czerwonych pająków na kapitalistyczno – imperialistycznych wodach’ – w pomnożeniu przez wiele lat mojej młodości.
Atoli czas na egzaminy. I tu kolejny mój błąd, ba… głębokie rozcza¬rowanie… I tu przyznaję, umyślnie bała¬ganiłem drogocenny czas, by zostać na dłuższą rozmowę z p. Krysią Skibińską wpatrując się bez¬czelnie w jej piękne, ciemne oczy. Niestety, i ta urocza pani musiała dokończyć ze mną formalności, mając na uwadze regularne cham¬skie ‘porykiwanie’ Łemka zza ściany, za dębowymi ‘skórowanymi’ drzwiami i zawiadomiła mnie, że na rozrywkowego zgłosiła się masa ludzka w ilości 3600 kandydatów ze wszystkich zakątków PRL-u. Krysia – z miejsca zaczęliśmy się tykać (wybacz komandorze Mar¬woju) – mówiła coś o górnikach przodowych (ci towarzysze mieli akurat wtedy ‘gierko-przody’), sztygarach, aktorach teatralnych, włącznie z prominencją telewizyjno-radiową, redaktorach poważ¬nych pism, ludziach nauki, pracownikach frontu ide¬ologicznego, były też zdolne panie itd… Wszyscy oni – tak to sobie wyobrażałem na tamte odległe czasy – wszyscy oni stali przynajmniej ‘o głowę wyżej’ ode mnie, całe 3600 sztuk facetów w białych koszulkach i CeDeTowskich marynarkach kroju stalinowskiego ubeka cywilniaka (jeśli się nie mylę, wtedy koszula non-iron była hitem). Widziałem oczyma wyobraźni masy ogólnopolskiego, ‘pospolitego, wykształconego rusze¬nia’ w walce o dobre życie, na ciekawym stanowisku na morzu. Wszystkie te moje zjawy, zmory i złe sny przerywane pijackimi pohukiwaniami w Domu Marynarza, gdzie mnie na nocleg była uprzejma skierować p. Krysia Skibińska, wzięły w łeb. Nic z tych rzeczy. Było właśnie zupełnie inaczej. I tego też dnia zacząłem dobrze myśleć o gospodarności ludzi Wybrzeża, nie wydającym milionów (tak ważnych dla PRL-u), a mają¬cych w swoich szeregach takich ludzi jak wielki, wspaniały intendent (pierwszy po Bogu w długiej hi¬storii GAL, Drugiej Wojny na Morzu i PLO) – p. Henio Szenk…
Przy jakiejś ‘kadrowej’ okazji wpuszczono do pokoju przesłuchań p. Henryka Szenka, wtedy na urlopie – wieloletniego intendenta starego ‘Batorego’ i ‘Stefana Batorego’. Jak sobie przypominam p. Henryk miał już wtedy dobrze około 60-tki, lecz czerstwy, wesoły i miły (jak zawsze potem, póki go znalem) wparował do gabinetu pana szefa kadr (zwanego przez marynarzy z ‘nowojapońska’ – jama chama). Wyznam, że rozumie¬nie mowy polskiej u p. Henryka było dowodem mojej wielkiej wnikliwości. Zachęcony wezwaniem pana szefa kadr, Henio Szenk odezwał się do mnie ‘podobno’ coś po holendersku. Oczywiście w odpowiedzi coś wycharczałem, co wprawiło w za¬chwyt i p. Henia i kadrowca, no i oczywiście czarowną p. Krysię Skibińską. Opinia intendenta była jednoznaczna… Wybaczcie Czytelnicy lekką ‘chropowatość’ języka morskiego…
– Ten (l)uj…mówi po holende(l)sku…
– Tego (l)uja chcę mieć na statku – (l)eszta…. (3600 kandyda¬tek i kandydatów) niech spie(l)dala do domu…., bo ku(l)wa, jak słyszę jak oni nawet po polsku mówią… to żaby s(l)ają mi do żołądka… ale ten (l)uj mówi po holende(l)sku…nap(l)awdę…..


[smartads]


Muszę zauważyć, że p. Henryk Szenk – potem Henio był jednym z najwspanialszych, najbardziej wykształ¬conych fachowo i językowo ludzi, których udało mi się spotkać na statku. Znany z wielu mor¬skich przypo¬wieści p. Henryk Szenk – służył na ‘Chrobrym’ oraz ‘Sobieskim’ podczas II wojny światowej – mówiąc zda¬nie o ‘żabach’ i jego doznaniach w rozmowach z kandydatami miał na myśli swój schorowany żołądek i ka¬micę żółciową. To znaczy, tak on sobie wy¬imaginował nadczynność żołądka zwaną zgagą – niemoc znaną wszystkim umiarkowanie i średnio pijącym obywatelom PRL-u . Nietrudno wyobrazić sobie jak wielkie było to moje szczęście egza¬minacyjne, szczególnie zaś zachwyt Krysi Skibińskiej, skoro tylko trochę ‘mięsa’ rzuconego przez p. Henia zadecydowało o moim przyszłym losie ‘marynarza’. W duchowym i sennym sta¬nie (abso¬lutnej, mojej na one czasy, trzeźwości) oczekiwałem potwornej masy egzaminacyjnej, a okazało się, że jedno ‘wycharczenie’ czegoś tam po holendersku otwierało drogę do świata przygody na morzu, Wiel¬kiej Przygody. I to na jedynej chlubie, transatlantyku. Nie było tedy nic innego do roboty jak pomyśleć bardzo już poważnie o nowej pracy, o nowych warunkach życia. Niestety nawet w najdzikszych snach nie przypusz¬czałem, że owo ‘szczęście egzaminacyjne’ oznaczało długą, bolesną drogę przez sieć gabinetów lekarskich oraz przez cały szereg poważnych i dyskretnych rozmów (proszę Panie Czytelniczki nie uśmiechać się – pi¬szę bardzo poważnie).
Dostałem skierowanie do lekarza. Nie do byle jakiego lekarza. Do lekarza medycyny morskiej. Tutaj chciał¬bym być wierny moim zasa¬dom moralności ogólnoludzkiej i stwierdzam autorytatywnie, że całe życie mia¬łem za sobą całą inteligencję i diasporę żydowską – nawet po ustaniu mojej kariery na morzu – a także na wieloletniej emigra¬cji. Nie trzeba jednak być Einsteinem (też genialny Żyd – według Gallupa najmądrzejszy człowiek w historii świata), by zdać sobie sprawę, że w tamtych (a może i obecnych), czasach synekury Mor¬skiej Komisji Lekarsko-Kwalifikacyjnej były w ręku tychże moich przyjaciół (których, niestety, nie zna¬lem – bo niby skąd – stawiałem pierwsze kroki w życiu na Ziemi Gdańskiej). A więc tym razem to nie prze¬lewki – to prawdziwa ocena mojej przydatności na morzu w roli: oficer roz(g)rywkowy. Jeżeli widzę choć cień uśmiechu na Wa¬szej twarzy, Kochani Czytelnicy – proszę zachować spokój. Wybacz¬cie mi Państwo, że zapomniałem z biegiem upływu nieubłaganego czasu, adresu tej szacownej komisji lekarskiej, lecz musiała się ona znajdować w okolicach Urzędu Morskiego w Gdyni. Jak sobie też może Czytelnicy przypominają – wszelakie badania medyczne oraz ‘generalnou medickou proglidku’ jak mówią nasi południowi bracia – miałem szczęśliwie za sobą – żadnego migotania komór ani jakichkolwiek niesprawności medyczno – seksualnych moja od lat ‘rejonowa’ lekarka Alicja N. nie stwierdziła – więc pomaszerowałem na wyznaczoną godzinę jak się ślicznie mówi po staropolsku – nomen omen – z otwartą przyłbicą. No i tu przyjęto mnie serdecznie. Cudowna jak malowanie brunetka z lekko maślanymi oczyma przyjęła mnie jak ‘serdecznego gościa’ i wszyscy mianowali mnie per ‘ty’ – oficer rozrywkowy. Lekarze komisji (też wszyscy bruneciki) bez mała nie obcałowali mojej skromnej, 161 cm, postaci – a nawet składali już zamówienia na wspólne drinki na pokładzie ‘Stefka’. Francja elegancja – myślałem sobie.
Komisję przebrnąłem uczciwie, do końca, przedstawiając jej człon¬kom wszystkie moje członki. Zażenowała mnie miła sekretarka me¬dyczna (raz potem spotkałem ją na ‘Stefanie Batorym’), która w spo¬sób nielubieżny, a raczej pragmatyczno-naukowy również koncen¬trowała się na moich członkach – wszystkich – bez wyjątku. Gdy odziałem się w slipki, otarłem pot z czoła, wezwał mnie do swego Gabinetu Przewodniczący, p. dr. Ju¬rek M.:
– Posłuchaj chłopie – rzecze on. – Wszystko w porządku. Tu masz orzeczenie Komisji Lekarsko-Kwa¬lifikacyjnej – mo¬żesz pracować na statkach PLO – witam cię serdecznie jako oficera rozrywkowego -……Buźka, rąsia, bez kwiatka ani or¬deru…. Ciao……
Radosny jak szczygiełek wiosenną porą wyskoczyłem na marcowy gdyński deptak. Przyznaję bez kozery, że chciałbym całować wszyst¬kich przechodniów i zrobić szereg dobrych uczynków, by podzięko¬wać Panu za doznaną ulgę drugiego etapu medycznego w walce o stołek na ‘Stefku’. Pędzę do PLO na ulicę 10 Lutego 24. Tutaj je¬stem ‘przechwycony’ przez śliczną panią Krysię Skibińską z kadr – ja jestem oczarowany wiosną i serdecznością Wybrzeża – szczegól¬nie manifestowanego piękną osobą p. Krysi S. (chyba nawet był 13 marca, jej imieniny i po drodze nawinął mi się jakiś bukiecik), co – rzecz jasna – umocniło mój wspaniały, szampański wręcz nastrój. Pani Krysia natychmiast wręczyła mi pęk papierów: tu na mundury do krawca (spółdzielnia pracy rękodzielnicza…już nie wiem jaka…), tam do znanego mi ‘Domu Marynarza’, tu na ja¬kieś zakupy, tam do szewca po buty itd. Boże, czułem się jak nowo narodzony obywatel pięknej i rzetelnej pod względem moralno-etycznym PRL. Wpadają mi do głowy nawet słowa świeżo ‘dostąpionego’ do wła¬dzy Edzia Gierka – ‘aby ludziom żyło się lepiej, a kraj rósł w siłę’. Mimo, że szwendałem się – żeby nie użyć słowa historyczno-politycznego: wa¬łęsałem się – niemiłosiernie długo – ‘na piechotę’ po obcym i dosyć roz¬ległym mieście, udało mi się wszystko załatwić przed 5-tą po po¬łudniu, tak, że nie czekała mnie noc w domu ‘świętego pijaka – ma¬rynarza’. Zdążyłem pędem na pociąg pospieszny do Warszawy Wschodniej. Przecież muszę w domu wyznać tajemnice mego życio¬wego sukcesu…
Na owe czasy rodzina moja była jeszcze w komplecie, wszyscy byli już wiekowi, lecz jeszcze jako tako zdrowi, ciocie i wujkowie też pili nieźle – przeważnie za moje zdrowie, zdrowie marynarza ‘słonych wód’. No przecież jestem marynarzem, co prawda od rozrywki, ale zawsze marynarzem – ba… oficerem Polskiej Marynarki Handlowej na jedynym polskim statku pasażerskim, chlubie całego kraju.
Iluzja szczęścia nie trwała długo. Następnego dnia nadszedł list pole¬cony ekspres z PLO, w którym mi dono¬szono, że jestem niezdatny do pracy jako oficer (seksualno-alkoholowy) rozrywkowy, ponieważ Komi¬sja Lekarsko-Kwalifikacyjna dopatrzyła się wady. Jakiej – nie podano (???!!!). Obywatelowi przysługuje prawo odwołania się do Morskiej Komisji takiej a siakiej do dnia itd., itp… A więc grom z jasnego nieba – jak w pysk strzelił. Przede wszystkim głęboki wstyd wymalował rumieńce na mej twarzy. A może syfilis (a to niby skąd – przecież moje mizerne porywy seksualne nie były ‘zakrapiane’ – ależ to nonsens), a może kło¬poty z sercem – wyczyny profesora Christiana Barnarda były już światu medycyny znane (choć ten brzydki rasista pochodził z holenderskiej rodziny w nie uznawanej na mapie kochanego PRL-u RPA??). Gubiłem się w morzu domy¬słów – ale wniosek był jednoznaczny. Jestem człowiekiem chorym na nieznaną mi dotąd cho¬robę. Być może, że jestem na skraju wcze¬snej (jakże bardzo) śmierci? Zrobiło mi przykro na duszy – przyzna¬cie sami – opuszczać ten padół, ‘nowo-gierko-katolickiej’ Polski – zaledwie po 23 latach żywota.
Był – i na nasze szczęście jest – taki Wielki Polak, który doradzał mi przy intencjach naszego spotkania ‘Walcz do ostatka – spełnij twój obowiązek do ostatka’. W tysiącletniej historii Polski Kościół z wła¬dzą – czy bez władzy – był i jest zawsze ostoją dla ludzi urodzonych nad Wisłą. I tak też było w moim przypadku – jakże komicznie bizantyńskim, miałkim wobec problemów Kościoła w 1971 roku.
Był Witek Wudel – śp. przyjaciel serdeczny mojego ojca, pochodzą¬cy z ‘diaspory’ – wtedy nie było jeszcze czaru UW – doktor nauk fi¬lozoficznych, umieszczony na bardzo ‘przyczernionej’ liście wład¬ców Komuny. Ten, doświadczony obozami koncentracyjnymi pod¬czas wojny i powojennymi ‘potyczkami’ z nowym syste¬mem władzy robotniczo – chłopskiej, wysłuchał uważnie mojej ‘Batorowej’ ody¬sei i rzekł w te słowa:
– Powiedz mi Andrzej, czy ten obecny oficer rozrywkowy, czy on ci nie mieszał w Komisji Lekar¬skiej?
Chodziło o wspomnianego już na kartach tej powieści Eryka Kulma – w fazie początkowej z rezerwą odno¬szącego się do mnie nieprzyja¬ciela, ale z biegiem lat mojego przyjaciela. Pytanie owo pełne głębo¬kiej retory¬ki filozoficznej było za głębokie dla mnie w treści, żebym mógł udzielić wujkowi logicznej odpowiedzi.
– Nie wiem wujku – padła blado moja mizerna riposta.
Przecież skąd, do cholery jasnej, mogłem jako 23-latek wiedzieć lub próbować domniemywać, co kryje się za ‘wielkim’ autorytetem Morskiej Komisji Lekarsko-Kwalifikacyjnej?.. Przecież to byłoby wręcz nieładnie podłożyć mi nogę na statku, nim jeszcze ujrzałem jego pokład…
Wzmocniony psychicznie rozmową z wujkiem filozofem przywdzia¬łem maskę Marsa (nie Marksa) i udałem się ponownie na bój śmier¬telny z Komisją Lekarską na pokładzie – póki co – pociągu osobo¬wo-przyspieszo¬nego, wyjeżdżającego o godzinie 23.23 z Warszawy Wschodniej do Gdyni.
To samo, czego już raz w tak tryumfalny sposób raczyłem dostąpić – ta sama cudna Krysia, ten sam kadro¬wiec, ten sam głośny Dom Ma¬rynarza. Co więcej – tu, po 30 latach z górą mogę dać upust moim przekona¬niom – przestałem już wtedy myśleć o tym, ‘by ludziom żyło się lepiej, a kraj rósł w siłę’. Myślałem o swo¬jej indywidualnej walce o moje jutro na wspaniałym, polskim statku pasażerskim. Idę do boju, tym razem bez słodkich podniet i miłych zapewnień kadr, gdyż w PLO każdy trzeźwo myślący wiedział, że z Komisją Lekar¬ską nikt nie wygrał, bo przecież i tak zdrowie załamane (niewiado¬mym był fakt, jaka była moja prze¬szłość), a śmierć czyha zza węgla by okryć me wątle ciało swym czarnym całunem… Tym razem świ¬drują mnie oczy Komisji – moi Drodzy Czytelnicy – prosto poniżej linii zanurzenia, jak mówią technicy i inżynie¬rowie marynarki – le¬karze zaś spoglądali ‘Argusowym’ okiem poniżej mego pasa, nagie¬go pasa, co, by Państwa nie urazić – nazywano już w Biblii przyro¬dzeniem. Ich oczy wrzynały się w moje obnażone ‘ge¬neralia’, zwane również z łacińska: genitalia i wyraz rozgoryczenia i smutku malo¬wał ‘pysie’ moich przy¬szłych ‘przyjaciół’ doktorków. Ja zaś, zdru¬zgotany, stałem nagi na wyspie świata wiedzy medyczno – mor¬skiej, nie mając nic poza własną dłonią by przykryć to chore, napastliwe miejsce. Ileż to myśli kłębiło mi się w głowie? Cholera – pewnie sy¬filis, a może coś jeszcze zgoła gorszego? W tamtych odległych cza¬sach, przed moimi pobytami na Dalekim Wschodzie, w Casablance i innych ‘drażliwych’ erotycznie miejscach, u chłopca tak wrażliwego na punkcie tak delikatnym jak Wenera, można było niechybnie spodziewać się na¬głej reakcji mojego udręczonego serca. W tym czasie nie używałem jeszcze popularnej medycyny ludowej zwanej w zależności od regionu geograficznego: wódka, whisky, gin, brandy etc…
– Proszę o diagnozę – rzekłem siląc się na spokój i opanowa¬nie. Prawdę rzekłszy szykowałem się na miażdżącą ocenę mojego niezdrowego członka.


[smartads]


Mały, przemiły, ciemny brunecik (tych brunecików o ciemnej karna¬cji i maślanych oczkach wielu jeszcze spotkałem na mej drodze), szef Komisji chlapnął coś po łacinie, zaś przemiła pani sekretarka, też typ orien¬talno – bałkański przetłumaczyła mi ów medyczny ter¬min po naszemu – POWIĘKSZENIE POWRÓZKÓW NASIEN¬NYCH. Zaledwie trzy słowa – tak brzmiał mój wyrok skazujący mnie na dożywotnie ślęczenie na lądzie – bez prawa wąchania ożyw¬czego jodu dalekich mórz – tak namacalnie zaistniałych w moich marze¬niach.
Powiększenie powrózków nasiennych – trzy słowa – trzy sztylety. Zresztą, gwoli prawdy autorskiej przy¬znam szczerze, iż ten wyrok nie wpłynął ujemnie na moje zdrowie, gdyż powiększenie senso stricte ‘medici¬nalis’ słyszałem tylko w odniesieniu do moich migdał¬ków, powrózki – słyszałem coś z polskiej literatury pięknej, u p. Sienkiewicza i p. Konopnickiej – z literatury byłem zawsze uczniem celującym – a nasionka wi¬działem atoli tylko w doniczce.
A więc te trzy słowa być może oznaczały wyrok. Wyrok bezapela¬cyjny. Tu chciałbym nadmienić, że Komi¬sja przestała mnie ‘tykać’ i zwracano się mnie per ‘pan’ tonem oficjalno-żałobnym. Przy ‘TA¬KIEJ’ chorobie nie ma poufałości z ciałem medycznym…. Jakże bo¬lesne było to dla mnie. ‘Wspominkowany’ już przez mnie doktorek starozakonny Jurek M. (w okresie mojej ‘batroyzacji’ przeszliśmy na ty po wspólnym wypi¬ciu multum alkoholu – choć bardzo to niezdro¬we na powrózki nasienne) zabrał się tedy do rzeczy dla mnie najbar¬dziej przykrej. Chodziło o wyjaśnienie przyczyn choroby, ewentual¬nie walki z niemocą na śmierć i ży¬cie, a wreszcie uzyskania wyroku w formie pisemnej. Nic w tym z trywialności nagości zdarzeń mojej ‘cho¬roby’. Nagi byłem co prawda jak przysłowiowy ‘święty turecki’. Jeszcze raz serdeczne i pełne głębokiego współczucia pożegnanie z Komisją Lekarsko-Kwalifikacyjną (w zamieszaniu pocałowałem czyjąś pulchną rączkę, mam nadzieję, że nie pulchnego starozakon¬nego doktorka), pożegnałem stolicę Polskiej Marynarki Pasażerskiej, Gdynię – myśląc o czarownej Krysi S. – wybacz komandorze Mar¬woju; wraz z negatywnym pisemnym wynikiem badań wracam po¬nownie pociągiem osobowo-przyspieszonym do Warszawy. Choro¬ba, a może nawet i śmierć, zamiast ‘Stefana Batorego’. Przykre.
W domowych pieleszach witają mnie moi kochani Rodzice oraz wspomniany już przyjaciel ojca sprzed woj¬ny – profesor filozofii, doktor Witek Wudel. Moja zdruzgotana bólem i cierpieniem moral¬nym twarz, zsza¬rzała całonocną podrożą, mocno – jak zawsze – opóźnionego pociągu osobowo-przyspieszonego kontra¬stowała ja¬skrawie z dosyć podejrzaną radością malującą się na licach moich najbliższych. Czyżby wujek fi¬lozof, jeden z najdzielniejszych prota¬gonistów filozofii socjalizmu żydowskiego opartego na ‘zdrowym’- wtedy bardzo ‘niezdrowym’ – kapitalizmie (sprzed i po wojnie), do¬szedł do jakichś wniosków, będących przyczyną mojego morsko-le¬karskiego niepowodzenia?
Wujek filozof pyta mnie bez ogródek:
– – A powiedz mi synu, że kocham ich jak braci i szanuję jako solidarnych ludzi, ilu tam starozakon¬nych cię obmacywało??
– Mój Boże, mówię – tych jest mi bardzo trudno rozpoznać, zresztą moja szansa na pracę na statku jest już zaprzepasz¬czona na zawsze. Nie będę już pracował na ‘Stefanie Bato¬rym’, ani mi nawet śnić o tym pięknym zdarzeniu – odrze¬kłem.
– A powiedz mi Andrzej, czy stwierdzili oni coś, co mogłoby wskazywać na poważną niedomogę two¬jego zdrowia? – za¬pytał wujek-filozof.
– Tak wujku, Komisja stwierdziła powiększenie powrózków nasiennych.
Tego bym się nigdy nie spodziewał… po szanownym profesorze, człowieku owianym nimbem tajników po¬lityki i życia, autorze cieka¬wych, jakże pasjonujących prac naukowych z dziedziny filozofii no¬wożytnej… Wujek Witek doznał szoku. Następnie zaś eksplodował niczym pocisk artyleryjski, eksplodował gniewem świętym na swych ‘współwyznawców’ starozakonnych, korupcję systemu socjalistycz¬nego, na rząd, wresz¬cie na ten cały bajzel PRL-u…
– Aż do cholery jasnej – wrzeszczał – mam przyjaciela Żyda, lekarza androloga-urologa, i ten nie robi nic innego, jak tyl¬ko reklamuje synów przyjaciół oraz kumpli od wojska, głównie dzięki przysłowio¬wym powiększonym powrózkom nasiennym. Te są zaś tak trudne do zbadania jak prostata u nowo¬rodka płci żeńskiej – dodaje już prawie z drwiącym uśmiechem mój wujek filozof.
Aczkolwiek, gwoli prawdy nie godzi zataić się faktu, że mój wujek profesor i moja niezapomniana Mama wypili już wspólnym wysił¬kiem od samego rana butelczynę ulubionej ‘Paschalnej’… Wuj do¬daje głosem już bardziej wymodulowanym, aczkolwiek niewolnym od nazewnictwa mało parlamentarnego…
– Choć ich nie widziałem, ani nie znam ich nazwisk ani tytu¬łów…znam tych takich a takich s… sy¬nów…(tu się wuj fi¬lozof niezbyt pochlebnie wyraził o rodzicielkach mojej Komisji), zrobili cię w konia z twoją chorobą….Na nic nie jesteś chory… Ktoś wyraźnie przekupił Komisję Lekar¬ską w Gdyni…
Mój wujek był znany w czasach stalinowskich z tego, że śmiał wyty¬kać Zambrowskiemu, Spychalskiemu i innym ‘czerwonym pająkom‘ z premierem długowłosym Cyrankiewiczem na czele, ale również i Michni¬kom i Kuroniom (rodzice tych wiekopomnych działaczy by¬wali w domu mego ojca na jego imieniny) – … ja też sobie coś przy¬pominam przez mgłę… – niemoralność żydowską i nazywał ich per ‘gnojku’. Również ten niezbyt przychylny epitet został użyty w stosunku do ówczesnego ministra zdrowia pana doktora Sz. Wujek rzekł jeszcze – pocieszając moją skołataną zdrowotnie i psychicznie osobę:
– Ja już mu nawtykam za tych łobuzów w Gdyni…
Śniadanie u rodziców przebiegło w zgoła sielankowej atmosferze.
Rano dnia następnego wujek filozof był już ze mną w drodze do sza¬cownego Ministerstwa Zdrowia. Widzia¬łem przez grube drzwi mini¬sterialne miłe gesty przywitania, potem zaś tylko wrzaski wujczyne w rodzaju, ‘gnojki’, ‘parchy’, ‘guano peruviano’ – uwielbiane przez wujka: łobuzy i palanty. Reszta – jest milczeniem. Nie wiem o czym była mowa i jakie dalsze wspaniałe frazy niechybnie wzbogaciłyby mój słownik oficera od rozrywek na ‘Stefanie Batorym’, gdyby nie szczelnie zamknięte drzwi. Przypominam sobie, że – gdyby ktoś inny mi to opowiadał, nie uwierzyłbym – starszy jegomość wyszedł wraz z zarumienionym swoistym pod¬nieceniem wujkiem filozofem. Star¬szy PAN podał mi rękę i za coś przepraszał – wtedy byłem jeszcze tak młodym chłopakiem, tak niedoświadczonym, że niezupełnie zda¬wałem sobie sprawę za co, wiem, że miało to związek z moją przy¬godą lekarską…(???).
Stanęło na tym, że wróciłem – sam również podniecony niebywale – z wujkiem-profesorem do domu, gdzie odbyła się wiekopomna kola¬cja składająca się z kaczki pieczonej z czerwoną kapustą oraz kolej¬nych paru butelczyn ‘Paschalnej’ oraz ‘Soplicy na winiaku’. Pomimo cukrzycy wujka Witka i poważnego wieku mego ojca, wtedy – no i oczywiście mając na względzie me śmiertelnie chore jądra – zakończyła się pełnym, jakże zasłużonym kulinarnym sukcesem Mamy… Po tak niespodziewanym ministerialnym sukcesie natury me¬dyczno – ‘jądrowej’ postanowiłem wnieść apelację od wyroku gdyńskich medyków.
To był już mój kolejny powrót do Gdyni wiosną tego marca 1971 ro¬ku. Genialne przyjęcie mojej skromnej osoby (tylko 161 cm) zgoto¬wane przez Komisję Lekarsko-Kwalifikacyjną, oraz ponowne ‘tyka¬nie’ było paszportem przynależności do morskiej braci. Po raz wtóry wręczono mi tryumfalnie ów skromny papierek zwany ‘świadec¬twem zdrowia marynarza, oficera PMH’ przynależny ściśle do ksią¬żeczki żeglarskiej przy¬znający mi odpowiedni cenzus zdrowotny w charakterze oficera roz(g)rykowego na upragnionym ‘Stefku’. W tym czasie nie miałem zielonego pojęcia jakie końskie, niedźwiedzie i lwie zdrowie musi posiadać kandy¬dat, chcący piastować ten ważny urząd na statku i jak dobrze musi umieć opierać się na życiowych na¬ukach polskiej Holenderki p. Floriny, która w matczyny sposób po¬uczała mnie o “skomplikowanych relacjach mię¬dzyludzkich”…ach te relacje… pani Florino… Nie było mi też wówczas dane przewidzieć jaki to geniusz cechował polskich medyków pochodzenia ‘staroza¬konnego’… powiedzmy bardziej nowocześnie orientalne¬go, jak waż¬ną rolę odgrywały moje jądra w kształtowaniu rynku pasażerskiego płci pięknej (wiek, gdzieś po¬nad mój obecny, w więc około 55-60 lat) – pochodzenia holendersko-angielskiego ku podtrzymaniu dobrej tradycji seksualnej polskiej floty pasażerskiej na Atlantyku i na wy¬cieczkach. I wreszcie przychodzi czas re¬fleksji: po raz pierwszy i ostatni udało mi się w życiu coś zwalczyć, co było przypisane mojej sfingowanej, mizernej kondycji – udało mi zwalczyć dzięki człowie¬kowi bardzo zasłużonemu polskiej myśli filozoficznej XX wieku, profesorowi Witoldowi Wudlowi. On też wręczył mi parę tygodni później egzemplarz autorski swojej pracy pt. ‘Filozofia strachu i na¬dziei’ – myśl społeczna Tomasza Hobbesa. Dzieło, które już po śmier¬ci mego wujka-profesora, oddało mi wielkie usługi taktyczno-strategiczne w walce z głupotą ‘czerwonych pająków’ epoki gier¬kowszczyzny. Witek napisał mi jeszcze swą dedykację swoistej wy¬mowy duchowej: ‘obyście wy, młodzi – zdziałali więcej niż my, sta¬rzy’. Owo dzieło zajmuje poczesne miejsce w mojej biblio¬teczce wieloletniej emigracji politycznej – zaś ku uspokojeniu niespokoj¬nych serc Czytelniczek – zapew¬niam: z jądrami kłopotów nie mam – do dziś. Patrząc chłodnym okiem – z perspektywy lat ponad trzy¬dziestu – okiem człowieka służb operacyjnych wielu światowych li¬nii lotniczych – poprzez prawdziwe reprezento¬wanie swoją postawą oficerską koronowanych głów europejskich, poprzez saddamistycz¬nych, może masochistycznych prezydentów – satrapów, arabskich szejków, królów i twórców ‘nowego daleko¬wschodniego Islamu’, poprzez moje przeboje i przyjaźnie z ludem izraelskim i jego wspa¬niałymi lotnikami – powiem szczerze – gdybym tego na własnej skó¬rze nie doznał – nie uwierzyłbym nigdy w rok 1971…
A jednak trzeba było mieć końskie zdrowie… Ale to dopiero począ¬tek… Komedia toczy się dalej…stanęło na tym, ze ‘zdałem’ piekiel¬ne egzaminy i ‘uzyskałem’ pełnię zdrowia na urzędowym papierku Komisji Lekarskiej…

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags