W taki oto krótki sposób zostałem zawodowym przewodnikiem po Hamburgu, Holandii, Wielkiej Brytanii, Kopenhadze i gdzie jeszcze nas nie ‘zawieziono’. Mając na uwadze, że tę książkę czyta wielu młodych Czy­telników i być może też przedstawicieli kleru – dlatego tylko przez obowiązek dziennikarski wspomnę o ‘wspaniałej’ dziel­nicy rozkoszy Sankt Pauli, która była przeze mnie odwiedzana przez wiele długich lat – w celach naukowych oczywiście.

Wreszcie Kanał Kiloński kończy się – liczy on 126 kilometrów dłu­gości i zaczyna w Kilonii a ciągnie aż do Bruehmsbuetel (coś mi się stale myli z Fuehlsbuetel, ale to pewnie wiek i stale przelatujące nie­mieckie sa­moloty z godłem drapieżnego, żółtego żurawia na fioleto­wym ‘Lufhansowskim’ ogonie). Po wyjściu z ‘wą­skiego lejka’ Euro­py płyniemy kawałkiem Łaby (Elby) do pięknego, starego i bardzo znanego miasta hanze­atyckiego, Hamburga.

Pierwszy port na drodze ‘Stefka’ do Kanady. Ciekawe, jak potoczą się moje losy w tym dniu. Po przedwczo­rajszych odprawach granicz­nych, nieznośnie długim skubaniu w papierkach pasażerów i statku, cudnych wi­dokach Morza Bałtyckiego i Kanału Kilońskiego jeste­śmy wreszcie wewnątrz gnijącego od środka ‘blichtru kapitalistycz­nego’. Umęczony byłem jak pies. Na szczęście humor dopisywał mi doskonale, Neptun nie po­karał mnie jeszcze morską chorobą, spo­dziewany ‘kac odpraw imigracyjno-celnych’ nie dopadał mnie wca­le. Tu muszę dodać, że Szwaby straszliwie kochali naszą ‘Żubrówkę’- widocznie w ten sposób wyobrazili sobie ich tęsknotę do naszych żubrów białowieskich, a może nawet i tych ziem ….Jak gdyby nic to specjal­nego – dwa dni już trwało moje ‘dostosowanie’ się do nowego zawodu – i dokonaniu przypadających na mnie zajęć ‘biurewskich’ – biurowych, miałem na myśli – a także przebraniu się w cywilne szmatki zostałem bez większych ceregieli zaembarkowa­ny na pokład lustrzano-czystego autobusu wraz z grupką eleganckich paniuś i trochę onieśmielonych ‘kapitalizmem’ panów – pomimo wi­zyty w ‘Karczmie Polskiej’ na statku. Wyuczony z folderu wręczo­nego mi przez ‘mojego serdecznego przyjaciela’ recytowałem rozpo­znane obiek­ty jak modlitwę na mszy świętej. Zresztą pytań ze strony pasażerów nie było za wiele, raczej w dobrej gó­ralszczyźnie – w ro­dzaju:

–          aleć, to panocku pikne – i jestemy w NRF-ie naprawde – co nas bujas —

oraz specjalność często spotykana:

–          No Jezu, cemu one po polsku nie gadają? .

To, co było moim pierwszym obowiązkiem na ziemi niemieckiej sta­ło się szybko ciałem. Przywiozłem wy­cieczkę na statek, by samemu zapoznać się z miastem. W tamtych czasach cumowano ‘Stefana Ba­torego’ przy najbardziej honorowym ‘leżu’ morskich liniowców o nazwie Überseebrücke. Samo miasto, skrupulatnie odbudowane po wojnie światowej – zapewne ze zbawiennego planu Marshalla oraz jego dzielnych miesz­kańców. Hamburg był już wtedy pięknym mia­stem – może nie był jeszcze metropolią – ale na pewno robił dosko­nałe wrażenie na każdym przyjeżdżającym. Uczciwość reporterska nakazuje mi wspomnieć o dwu rze­czach, które mnie zadziwiły. Kompletna nieznajomość spraw masarstwa w wielu krajach Europy Zachodniej – i mam za złe Unii Europejskiej, że nie uczą dzieci w szkole co to jest Frankfurter, Hamburger i Wiener. Więc kupiłem za piekielnie (na owe czasy) drogie 5,– DM parę frankfurterów (mocno podsmażanych kieł­basek); w Wiedniu frankfurtery są to po prostu cienkie parówki niesmażone, zaś słowo Hamburger zna każdy nie­mowlak, zanim wyssie z matczynym mlekiem chęć odwiedzania za­kładów McDonlad’s (w czasach kiedy ja tam byłem, fast food był już ciężką ‘infekcją społeczną’, lecz tylko na ziemi amerykańsko-ka­nadyjskiej). Natomiast, gdy chciało się w Hamburgu kupić hambur­gera, okazało się, że jest to piekielnie wypie­czona szwabska Wurst (kiełbasa). Proszę nie posądzać mnie o stan niepełnej trzeźwości (pierwszych dni po­droży) oraz luk języka niemieckiego – zapewne Czytelnik przypomni sobie metodę nauki tego języka, po­dobną do dydaktyki doświadczanej przy edukacji p. Rzeckiego w ‘Lalce’ Bo­lesława Prusa. Rzecz druga, któ­rą opowiem w telegraficznym skró­cie. Poszedłem sam, wtedy nie miałem jeszcze serdecznego druha Staszka Jamroża – zaś Jan Engels miał świętą rację odmawiając wyj­ścia na ląd w Hamburgu za to, że Rzesza Adolfa Hitlera zniszczyła prawie w całości Rotterdam (w 90 procentach) i zbombardowała tamy ochronne w czasie zbójeckiego napadu na Holandię w roku 1940.


[smartads]


Poszedłem sam, samiuteńki do dzielnicy rozrywek i rozpusty, do słynnego Reeperbahnu oraz za ‘Za Bramę’. Dzielnica rozrywek z na­zwy – powiedzmy raczej, usankcjonowany prawem jeden wielki bur­del. Słyszałem o podobnych ‘instytucjach’ w Holandii, Danii i in­nych miastach niemieckich. Wchodziłem ‘za Blachę’ bez emocji – kobiet tam prawie w ogóle nie wpuszczano, a jeśli jakaś niewiasta z porządnego świata zechciała być znieważona słownie po niemiecku, czy w dialekcie balijskim lub berberyjskim – mogła wejść w asyście co najmniej dwóch rosłych dżentelmenów. Seks jako pole działania ‘Casanovy Batorego’ w godzinach urzę­dowych, czasem ‘nadgodzi­nach morskich, płatnych’ – to z trudem staram się zrozumieć, ale seks jako dzie­dzina komercji w zachodnioeuropejskim porządku – ohyda…

Roznegliżowane, prawie nagie, wrzeszczące gromady kobiet starały się zwabić ‘pacjentów’ za pomocą ge­stów, słów, min, a także na pewno lekkich narkotyków, jak marihuany – wtedy znano ją i uży­wano jej na­gminnie wszędzie, oczywiście z wyjątkiem państw obozu socjalistycznego, zresztą kto to wie ? Zwiedziłem w szybkim tempie i jako tako dopełniwszy obowiązku wąchania pierwszego lądu, po wypiciu kufla dobrego, hamburskiego piwa – pomaszerowałem na statek. Tu mnie przyjęto z wyrzutem. Do roboty: zaraz będziemy embarkować 25 pasażerów do Kanady i Ameryki….

–          Weź pan, panie kolego paszporty i przekaż władzom porto­wym nazwiska i numery dokumentów. Zobacz też, czy nie pozmieniali numerów dokumentów pomiędzy embarkacją u agenta (Sala Od­praw Morskich w Überseebrücke), a naszym biurem.

Mnożyły się rozkazy w jednej sekundzie. Chwilę czasu ‘na sikanie służbowe’ – dano mi 2 minuty (kierow­niczka, Lilka, chylę kornie głowę z respektem) zdążyłem się jeszcze przebrać w mundur i wzmocniony – znaną już z poprzednich opisów ‘Coca Colą’ à la ‘Ste­fan Batory’ – zacząłem wciągać się, wdrażać, do roboty embarkacyj­nej.

Skład nowych pasażerów, nowych – myślałem, mówiąc szczerze ‘odwetowców i szwabów’, tych co znisz­czyli moje miasto narodze­nia, dla którego toż powodu wychowywałem się, dorastałem oraz uczyłem się ro­syjskiego i tabliczki mnożenia w gruzach.. I tu nastą­piła zmiana moich poglądów. Gadający z niemieckim akcentem po polsku p. Kupke (Żyd – shipchandler, czyli handlarz w Kanale Ki­lońskim) – został zastąpiony czarującymi, eleganckimi panami z po­licji, fantastycznie grzecznym agentem firmy maklerskiej obsługują­cej ‘Batorego’ w Hamburgu. Nie dosyć, że zapytał mnie po angiel­sku, czy nie będą urażone moje uczucia, gdy będzie mówił ze mną po niemiecku, gdyż on – jako już młode pokolenie – i wszyscy w Hamburgu rozumieją okrucieństwa wojny. Następnie wypił ze mną symboliczny ‘bruderszaft’ za pomocą ukochanej przez Niemców ‘Żubrówki’, zaś intendent, płatnik i moje stałe koleżanki uczynili z nim to samo –  który raz, nie jest mi wiadomym. Być może po pasa­żerach można było spodziewać się bardziej ‘zachowawczo-adenau­rowskiej’ postawy. Okazało się, że do Kanady i na ‘podbój Ameryki’ jechało 25 hippeisów z najgorszej biedy, nieudaczników, którym nie udało się zrobić kariery w Niemczech jak np. Joschce Fischerowi, który może dlatego, że nie pojechał z nami ‘Stefkiem’ do Kanady w roku 1971 – został na przełomie stuleci ministrem spraw zagranicz­nych Wspólnych Niemiec. Parę rodzin, ożenionych lub, jako osła­wiona ‘komuna seksualno-bytowa’ wraz z kwilącym dorobkiem w formie nieprzewiniętych niemowląt, z kotkami i papugą, (żywą i ko­lorową) wzbogacili moje pojęcia o ładunku ludzkim na kontynent amerykański – takie ludzkie prawie ‘wywłoki’, wynik produkcji po­wojennej naszych ciemiężców z pamiętnego września roku 1939. Za­wołałem matkę okrętową – wykształconą pielęgniarkę do opieki nad niemowlętami i dziećmi – by przewinęła śmierdzący ‘ładunek’, a na­stępnie grzecznie, tak grzecznie jak pozwalała mi niemczyzna mojej śp. Mamy, poprosiłem by w kabinach zechcieli wziąć prysznic, ufry­zować nieco długie, zmierzwione kudły, przebrać się do salonu re­stauracyjnego i trochę poperfumować. W tym miejscu poprosiłem ochmistrza kabinowego, bardzo sympatycznego i miłego mojemu sercu Romka Grzenkowicza, aby zechciał przy pomocy jego ludzi wprowadzić znowu miły zapach ‘batorowski’ przy pomocy inten­sywnych środków zapachowo-odurzających na sekcji, gdzie od dziś zamieszkali (zostali zaokrętowani) potomkowie groźnych i stale ‘na Wschód’ łypiących Germanów. Następnie poprosiłem, by kontrolo­wano czy nie używają oni narkotyków, choć wiem, że agent niemiec­ki powiedział mi na ‘odchodnym’, że urzędnicy celni Wolnego Mia­sta Hamburga dokładnie zajrzeli owym Germanom w różne miejsca, by upewnić się, czy nie jadą na podbój Ameryki z narkotykami za­szytymi w brudnych ciuchach, lub schowanymi zgoła gdzie indziej.

Tak więc płyniemy Elbą (Łabą). Zostaje za nami latarniowiec ‘Elbe 3’ – wiem z historii marynistyki, że parę tych ‘Elb’ już zatonęło, gdyż wejście na Morze Północne ma złą sławę i wiele statków – wła­śnie w tym miej­scu – padło ofiarą zachłanności Neptuna.

–          No Andrzej, wpływamy na Morze Północne – czujesz lekkie przechyły? Zaraz będziesz rzygał dalej niż widzisz – udziela mi ‘marynarskiej’ przestrogi piękna Nina.

–          Postaraj się wytrwać do 19:00. Potem chlapniemy jednego -…

Szybszym od ślicznej Niny okazał się Eryk Kulm, który w sposób niedwuznaczny – tak oto  zaprawił mnie do choroby morskiej .

–          No mój staaaaary, jakiś bladziutki jesteś…. Poczekaj. Wstąp do mojej kabiny na 5 minutek.

Następnie w aktorsko-tanecznym geście Eryk przechyla się do inten­denta ‘Alka Janczara’ i woła:

–          Idę z Andrzejem na rozmowę służbową …

Rozmowa służbowa…. około 45 minut, polegała na wypiciu dwu wielkich kielichów Bisquit’a, a zmęczenie i trudy dnia minęły jak ręką odjął…, ustępując charakterystycznemu dla mnie uśmiechowi, który tak zawsze opromieniał moją twarz, w momentach gdy sobie – powiem prawdę – chlapnąłem kielicha… (czas – histo­rycznie, bez hi­sterii – zaprzeszły). Tak też i było. Intendent ‘Alek’ i koleżanki z pra­cy, z radości, że mój żołą­dek ‘szczura z Warszawy’ z głębi lądu, do tej pory nie zareagował chorobą morską zakończyli dzień pracy (ko­lejną) małą popijawą.

  

Nawigacja

Strona 1 2 3 4 5

Następna strona >>

  
  
  

Komentarze



2 komentarze do “Andrew Beniger ….‘znaczy, czerwony pająk’… Rozdział III – 2”

  1. Dodał: Ewa Socha - 7 April 2012 01:02

    Andrzejku,1975 rok,ja,młódka,przed ślubem,twoja dobra rada,mów,że jesteś po,ze mną cały zestaw absolwentów po WSM,MARIAN, mAREK, Gabrysia,Marysia I ja Ewa A także STARSZY sTASIO Z wARSZAWY,pozdrawiam bardzo serdecznie,Twoja książka cudowna,wypchnąłeś mnie przed halagierę i kazałeś mówić po angielsku,wesołych Świąt, buziaki

  2. Dodał: Maryla - 22 October 2013 20:30

    Piszę do Pana tutaj,gdyż boje się,że jeśli coś kliknę nie tak to już nie odzyskam kontaktu z Pana fantastycznymi opowieściami.Marzę o tym aby zdobyć
    Pana książkę.W pewnym sensie mamy wspólnych znajomych z czasów,o których Pan pisze… Proszę mi podpowiedzieć,z łaski swojej,jak zdobyć “znaczy czerwony pająk”.Podziwiam Pana twórczą wenę,fantastyczną pamięć do szczegółów i cudowną narrację.Życzę dużo zdrowia i radości z codzienności.
    Najserdeczniej pozdrawiam z Polski.Maryla Pieszka

Dodaj komentarz

  
  

Tags

andrew beniger, Andrew Beniger aDRES