Sądzę, że ten pierwszy rejs – choć był dla mnie osobiście  bardzo trudny – był dobrym wstępem do nowego zawodu na statku i sporej ilości funkcji oficerskich, które później pełniłem. Tytuł książki ‘zna­czy, czerwony pająk’ uwzględnia w całej rozciągłości skomplikowa­ne metody myślenia pracowników na pokładzie, w ogromnej więk­szości bardzo miłych i serdecznych ludzi, niestety – powiedzieliby­śmy dla chleba – członków PZPR.

W ogromnej większości byli to lu­dzie mający rodziny w Polsce, nikt nie chciał zostawać na ‘zgniłym Zachodzie’, byle utrzymać lukratywne zajęcie na naszym statku fla­gowym, bo jasne było, że po ‘Stefanie Batorym’ – wyjąwszy kilku niesłychanie mądrych kolegów i przyjaciół – nie znalazłoby na lą­dzie nigdy, żadnego, choć w przybliżeniu równie wspaniałego zaję­cia. Bez wyjątku, czy oficera służby hotelowo-admi­nistracyjnej, czy stewarda, czy najmłodszego pomocnika cukiernika lub młodszego pracza (w pralni okręto­wej – job coś rodzaju czyśćca za życia, lub galernictwa usankcjonowanego w PRL-u). Zbliżał się dwunasty dzień mojej podroży. Słysząc zgiełk i tupot podkutych, mocnych marynarskich butów na mostku, a także ‘całujących się’ nawigatorów dowiadywaliśmy się, że jesteśmy u właściwych wybrzeży, właściwego konty­nentu i wybranego kraju. WRESZCIE UPRAGNIONA KANADA. Zawsze parę minut po dwunastej kolega nawigator, po otrzymaniu odpowiedniej instrukcji kapitana, nanosił na ‘navigation chart’ (taka biało-czarna mapa poglądowa z naniesionym na niej z zarysem linii brzegowych naszego ukochanego Atlantyku) po jego obu Stronach. Tego dnia, kiedy koledzy nawigatorzy całowali się – ten ‘mini-Batory’ – szpileczka, mająca oznaczać przybliżoną pozycję statku – troszeczkę ‘skakał kangura’ w stosunku do pozycji ‘zliczonej’ w po­nad tygodniowym, atlantyckim trudzie nawigacyjnym, ale my, intendenci byliśmy pewni, iż przy naszej ‘ogromnej pomocy’ dopływamy na drugi brzeg Wielkiej Wody. Używając przesadnie podkreślanej ogrom­nej pomocy mam na myśli moją kilkuletnią, wielką przyjaciółkę na statku p. Stanisławę Kminikowską, asy­stentkę starszego ochmistrza. Pani Stasia, dla mnie Stasia – uczennica prywatna języka angielskiego (nieste­ty, byłem złym nauczycielem bez podstaw kursu marksizmu i leninizmu) – owa przyjaciółka pełniła na ‘Stef­ku’ funkcję wyjątkową. Gdy były czyjeś urodziny, imieniny lub pogrzeb wuja Zysia, pozamałżeńska ciąża ‘któregoś’ z członków załogi, pani Stasia prowadziła bund – minimalnie odpłatną, bezcłową sprzedaż alko­holu – prawie niedostępnego dla załogi i oczywiście – za pozwoleniem kapitana lub kierownika działu – sprzedawała delikwentom ‘wódeczność’. Jej gołębie i dobrotliwe serce zaznaczyło się w mojej pamięci, po­nieważ sprzedając ‘bund’ załodze z różnych okazji przekraczała zawsze limit o dobrych kilkaset litrów Żyt­niej lub Wyborowej. Zachowanie Stasi wywoływało zawsze sprzeciw ideologiczny i partyjny (na otwartych zebraniach) intendenta, starszego ochmistrza, lecz zawsze w formie dyplomatycznej i ugodowej. Po pewnym czasie i ja, niestety, byłem dosyć częstym gościem pani Stasi – nie zawsze jako nauczyciel prywatny języka ideologicznie nam wrogiego, angielskiego. Pani Kminikowska, rodem z Kętów – podobno koło Krakowa – stała się obok Neli i moich koleżanek ‘biurew’ bardzo częstym gościem w długie, marynarskie wieczory i noce na Atlantyku. Tedy, gdy skończyło się ‘chorobliwe kiwanie’ – załoga też odczuwała to jako dolegli­wość – skoki ciśnienia atmosferycznego, ustawiczne zmiany czasu lokalnego statkowego, by podczas rejsu dostosować się do czasu północnoamerykańskiego. Bardzo częstą i miłą formą spędzania wolnego czasu były długie rozmowy w kabinach, przy świeczce, z butelczyną dobrego napoju i przeważnie – jeżeli chodzi o intendentów – w mieszanym damsko-męskim towarzystwie. Była z nas bardzo ciekawa grupa ludzi z róż­nych stron Polski, często o bardzo zaznaczających się naleciałościach regionalnych i stosunkowo dużej róż­nicy wiekowej. Ja, niestety, byłem beniaminkiem, co więcej – naznaczonym ‘ciężkim’ przebyciem choroby morskiej, a czego obawiałem się najbardziej – jej okropnego wymiotnego nawrotu – w podróży Eastbound – na wschód, do Europy. Z moimi wybrzeżowymi kolegami i przyjaciółmi kłóciłem się do upadłego, że moim domem nie jest Gdynia – lecz domem i celem jest Warszawa, gdzie mieszkam. Zresztą obaj główni bohate­rowie tego rozdziału intendenci ‘Alek Mieciodysta’ i Henio Szenk, dzióbuchna k…, przekonywali mnie bez skutku, że moją ‘małą ojczyzną’ jest i ma być Gdynia… Nie wiedziałem podówczas, że ani Gdyni, ani Warszawy już zbyt długo nie będzie mi dane oglądać …przez lat……ho, ho,.. a może nawet i więcej… Jakże czcze były te drobne niesnaski. Powracam do trybu życia na morzu poza pracą. Formą wypoczynku były dwa razy w ciągu rejsu (po raz w każdą stronę) filmy w kinie pasażerskim. Za mało jak na tak długą po­dróż, zresztą intendenci chodzili na filmy mieszając się ‘ludem pasażerskim’. Bardzo ‘ciekawą’ formą dla mnie były zebrania partyjne, otwarte – obowiązkowe dla wszystkich dusz załogowych wolnych od wacht i służb morskich. Stale te same ‘gęby’ dowództwa statku i partyjnego, stale ten sam banalny i głupi (powiedz­my sobie szczerze) tow. Delegat załogowy. Tu nie wspomnę nazwiska, bo zapomniałem, zresztą takiego cepa nie spotykało się już wtedy na wsiach zabitych dechami). Towarzysz, za moich czasów I sekretarz Okrętowej Organizacji PZPR (stała ‘fucha’, na dziesiątki lat aż cię śmierć ze statku wyniesie), niejaki M. – pokrętny, zły człowiek, wyrządził wielu ludziom poważną krzywdę, ‘starozakonny’ nie nauczył się mówić po polsku, ale i był też za głupi by nauczyć się po hebrajsku. Zastępcą sekretarza OOP był starszy mechanik, opisywany tu Jasio R. Ten miał wrodzoną antypatię do mojej skromnej osoby i ‘wciskał’ mi zachowanie an­typaństwowe i antysocjalistyczne na każdym kroku. Raz dopuszczony do głosu powiedziałem, że nie jestem i nie będę członkiem partii, gdyż nie czuje się godnym dostąpienia wyżyn tego zaszczytu przez haniebnie ni­ski wzrost – prawdopodobnie kara boska i – jakże przedwczesna – partyjna. Miałem już wtedy dosyć duże zacięcie artystyczno-kabaretowe i cała sala z ‘bonzami’ partyjnymi gruchnęła śmiechem tak gromkim, że nie tylko zakłócili pracę orkiestry statkowej, a echo gromu dotarło aż do mostku. Słyszałem, że Jasio Engels – Holender prawdziwy oraz parę pań z załogi musieli udać się do statkowego szpitalika, by zażyć środki uspo­kajająco-nasenne – po moim półminutowym wystąpieniu. Szalone, nieukojone wybuchy śmiechu krążyły jeszcze długo po statku tego wieczora. Stąd też zaczęły mi coraz częściej chodzić po głowie ‘czerwone pają­ki’ jako główny ‘Leitmotiv’, motto tej książki i pierwszy, nieśmiały zamysł jej napisania i opublikowania…. Było to już w maju 1971 roku – moja pierwsza podróż morska na pokładzie ‘Stefka’. Jako członek załogi, bezpartyjny, co więcej być może już na ‘czyimś żołdzie’ dostałem zadanie ‘partyjne’ uczyć młodzież i star­szych, prostą załogę i oficerów, języka angielskiego. Tak to trudne zadanie powierzono mi już w mojej pierwszej podróży (na Zachód, do Kanady – miodem i mlekiem płynącej). Nie spodziewałem się – nawet w szalonych snach – iż to zadanie będzie iście Syzyfową pracą. Dlaczego – odpowiedź bardzo prosta. Poza nie­licznymi wyjątkami mojej historii osobistej – zaledwie tylko parę osób znało język angielski w stopniu bar­dzo dobrym, bardzo nieliczni w stopniu dobrym i niektórzy w stopniu dostatecznym minus – i prawie 90 procent – ‘pała na torach kolejowych’ – jak to mówią Anglicy – ‘zero point zero’. Zauważyłem też, iż pomi­mo dziesięcioleci pracy dużej części załogi hotelowej na ‘Batorym’ starym i nowym – poziom języka angiel­skiego ulegał stałemu pogorszeniu oraz dał się zauważyć całkowity brak zainteresowania kulturą Ameryki czy Zjednoczonego Królestwa. Pewnie ze względów ideologicznych – choć bardzo w to wątpię. Wśród ofi­cerów hotelowych miałem zaszczyt uczyć p. Nelę Drygalską i p. Stasię Kminikowską – obie już wzmianko­wane – oraz w dwóch grupach ‘klasę robotniczą’. Nie wiem czy w formie żartu czy właśnie kompletnie ‘an­tysocjalistycznego’ zachowania – nasi przełożeni intendenci, ochmistrzowie, zwykli nazywać nie-oficerów – klasą robotniczą. Moje ‘uczennice’ miały niekiedy 50-tkę na karku, 20 lat pracy na starym ‘Batorym’, liczy­ły ze 100 kg żywej wagi (przedubojowej), były nieludzko zmęczone, miały na głowach przeważnie noc­ną randkę z ‘wybranym’ – nazywaliśmy to ‘małżeństwa statkowe’ – kompletnie ‘apart’, niezależne od nor­malnych małżeństw lądowych – niektóre przetrwały ponad 20 lat (!!!). Jak mogli tak wykończeni ludzie za­czynać półtoragodzinną sesję języka obcego o godzinie 21:30, lub 23:15… Toteż towarzystwo przeważnie mruczało i chrapało różnymi głosami od ‘koloratury denaturatowej’ począwszy na ‘basie damskim’ skoń­czywszy. Niektórzy panowie, przeważnie stewardzi, pomocnicy kuchenni – choć dobrze wyszkoleni w za­wodzie – o angielskim nie mieli zielonego pojęcia – mimo, że przez lata trasa nasza kończyła się w AME­RYCE…, gdzie jak się domyślam ludzie powinni mówić trochę po angielsku. Atoli nic w tym dziwnego, iż moja nauka zaczynała się zawsze na pierwszej lekcji ‘Candlina’ – w tamtych czasach dosyć popularny pod­ręcznik do nauki angielskiego – (przypadek autora) – i… kończyła się na tej samej pierwszej lekcji…na ko­niec podróży… i także po pięciu latach moich trudów nauczycielskich na liniowcu ‘Stefan Batory’. Poza pierwszą lekcję nie wychodziliśmy, a tłumaczenia o zmęczeniu i nieprzygotowaniu moich podopiecznych przekraczały wszystkie wymówki uczniowskie do końca istnienia systemu szkolnego na obu brzegach Euro­py i Ameryki.

[smartads]Ku zgorszeniu dowództwa i wszystkich moich przełożonych, nace­chowany ‘warszawianizmem’ poleciłem wszystkim moim uczniom mówić do mnie przez proste i demokratyczne TY. Przecież wszyscy byli ode mnie starsi, grubo starsi i niektórzy na krok przed zasłużoną emeryturą starczą. Niestety, pierwsza moja po­dróż – tylko jej część na zachód – pozwoliła mi zauważyć, że ‘Stefan Batory’ nie miał w sobie nic z demo­kracji socjalistycznej, a raczej był ośrodkiem kabo­tynizmu i lizusostwa drobnomieszczańskiego… Ale do tych konklu­zji dojdę później. Przecież ja tylko miałem ludzi uczyć obcego, wro­giego języka w ramach ‘nad­obowiązkowego’, z nieprzymuszonej woli i niepłatnego zadania partyjnego. Oto wzory rozmów z ‘uczniami’ w wieku od lat 19 do 63…

–          Panie intendencie, nie jestem przygotowany, bo ‘przyjąłem’ kropelkę z Gieńkiem, zadzwonił mi szwagier z Lubonia Ślą­skiego, że zmarł mi wujek Henio…  i tu długi, jakże wzru­szający – przepeł­niony oparami ‘Wyborowej’ płacz ucznia…

Jak go nie zwolnić od zajęć na czas podróży. Zresztą zaraz po wyj­ściu z klasy (messy dla załogi hotelowej – w podziemiach ‘Stefka’ na ‘ulicy Portowej’ – korytarz załogowy ‘tylko dla klasy robotniczej’) uczeń nabie­rał chęci do życia… rzucając niepochlebnie o nauczycielu… ale naiwny… gówniarz jeszcze….

–          Mój złoteńki, daj mi dziś spokój – jutro wysprzątam ci kabi­nę…i pocałuję cię w usta…a może i coś więcej… słowa cza­rującej piękności, lat 57, stewardessa kabinowa sekcji 400, waga netto 110 kg.

–          Chłopie, czy nie widzisz, że mam okres… chorą będziesz męczył – … skąd JA mam to niby widzieć, albo wiedzieć… – tubalny głos fryzjerki męskiej, fajnej, masywnej i topornej Czesławy.

–          Ne mohu tet’, mam chlapa abych se chtela večerem s nim potrtkat’ a Becherovku napit’ – rzecze piękna Czeszka z Pra­gi, praktykantka sławnego hotelu w Złotej Pradze – uspra­wiedliwiając się przede mną.

–          Nie zawracaj mi głowy, dupku -… Skierowane jednoznacz­nie do mnie.

–          Wstąp do mnie na kielicha i nie zawracaj d… porządnym lu­dziom – wypowiedziane przez maryna­rza pokładowego.

–          Pan intendent zechciałby mnie w swojej łaskawości zwolnić z zajęć językowych… szeptem dodaje jeden z ‘miliarderów Kraju Nadwiślańskiego’ tow. barman – służę zapomogą w wysokości 50 dola­rów amerykańskich na drobne ‘wydatecz­ki’ w Kanadzie. Serdecznie zapraszam na ‘małą wódeczkę’ do baru, tak o 3.30 nad ranem. Bar Amerykański.

Kochani Czytelnicy, w żadnej więcej szkole nie było można i nigdy już nie będzie można usłyszeć takich wykrętów … A więc na czym stanęliśmy – na pierwszej lekcji …języka angielskiego, lekcja numer 1, this is a cat…. Candlin tom.I i – finito – once for ever.. No, na niej właśnie zakończmy opowieść o ‘nauce języka angielskiego’ – ku chwale naszej floty pasażerskiej. Przez długie lata powtarzały się te same twarze, niekiedy zmienione, posiwiałe, lub podmalowane, te same pytania i……. te same wykręty.

  

Nawigacja

Strona 1 2 3

Następna strona >>

  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags