Również wpadł do nas na dyżur Paul Moulin. Przywiózł jakąś ‘nie­potrzebną’ postać życia statkowego, pol­skiego agenta PLO, niejakie­go p. Szaduro…oj, ten musiał mieszkać przed wojną na Nalewkach. Siedział ca­łymi latami w Montrealu na ‘ciepłej, bardzo ciepłej po­sadce’, a cały jego job – w stu procentach – robił agent statkowy Paul Moulin i jego zespół. No cóż, oprócz ‘czerwonych pająków’, były tam też zupełnie niepo­trzebne – patrząc z perspektywy czasu – ‘czer­wone garbusy’.
Jak na szpilkach dosiedzieliśmy do końca dy­żuru. Inna już ‘wieczorowo-nocnikowa’ ekipa pod wodzą ochmistrza kabi­nowego Romka Grzenkowicza i p. Neli przejęła po nas pałeczkę. Znowu wybrałem się na spacer po tym cudownym, niepowtarzalnym mieście. Znowu z p. Stasią. Ta obiecywała mi święcie nauczyć się nieco angielskiego, no chociaż ‘liznąć’ francuskie­go, by dogadać się z krajowcami – chociażby w takich prostych sprawach jak kosmetyki czy bielizna spodnia…. Przecież, jak owa niezapomniana Stasia zwykła mówić, że ‘chłopa’ nie należy ciągać zawsze i wszędzie ‘za sobą’. Później okazała się ona być prekursorem zdrowej emancypacji naszych członkiń załogi – szkoda, że była Stasia z nami krótko – chyba półtora roku…Fascynacja Montrealem trwała.

Następnego dnia, już niestety ostatniego po kolejnym spacerze i ‘do­rabianiu sobie przyjaciół i rodziny’ – za­częliśmy o godzinie 19.00 wieczór pre-embarkację na podróż powrotną… do Europy, do So­uthampton, Rot­terdamu, Kopenhagi i Gdyni. Zamiast 100 dolarów za noc w hotelu – ogrom pasażerów przybywających wcześniej na na­brzeże – wolał przenocować na statku za jedne US$ 25,– ‘od łebka’. Mimo, że nie było czynnych barów, mimo, że statek jeszcze był na półobrotach. Pracowaliśmy przy pre-embarkacji do 2-giej nad ranem. Trzeba było rzucić się na koję, bo rano normalna embarkacja od 9-tej do 15.00 i – z powrotem do Gdyni – przyznam bałem się choroby morskiej, ale liczyłem na wysłuchanie moich modłów w Katedrze No­tre Dame – w pamiętnych okolicznościach – dwa dni wcześniej.

Ten pobyt w Kanadzie był niesłychanie serdeczno-specyficzny i zo­stanie mi w pamięci do końca życia. Wie­le dziesiątków (setek) razy wracałem jeszcze do Montrealu czy Toronto – ale tej specyficznej at­mosfery ‘ba­torowskiej’ nie doznałem już nigdy. Miałem za to inne przygody. Odwiedzałem też wiele lat później Termi­nal Pasażerski … ale ten był zawsze puściuteńki…i ani jednego statku pasażerskiego, żadnych polskich zgromadzeń, żadnych śpiewów ‘Sto lat’, żadnych chusteczek ani gwaru Polonusów z ‘tamtej, lepszej strony’ – już nig­dy więcej potem. Podejrzewam, że trafiłem na bardzo krytyczny okres końca żeglugi pasażerskiej na Atlantyku – linie lotnicze w swojej szybkości, ale przy dosyć – na owe czasy – wygórowanych ce­nach ‘po­łknęły’ – z biegiem lat – cały rynek pasażerski. Oczywiście, czasami spotykaliśmy w różnych sytuacjach inne statki pasażerskie, bardzo rzadko podczas postoju w Montrealu – od czasu do czasu miałem nawet honor je odwiedzać. Tak więc byłem na ‘Aleksandrze Puszkinie’, sowieckim liniowcu kursującym pewien okres cza­su na linii Leningrad – Montreal i raz w Southampton na słynnej brytyj­skiej ‘Queen Elisabeth II’. Podczas wycieczek zimowych do cie­płych krajów byłem także jako zaproszony gość i tłumacz ‘kapitań­ski’ na kilku statkach włoskich. Myślę, że wszystkie te sławy ani na­wet nie umywały się do ‘Stefana Batorego’. Panowała na nim, na ‘Stefanie’, atmosfera szczególna, prawie domowa, aczkolwiek od domu było bardzo daleko. My­ślę, że formowały się tam zespoły zgranych duchowo ludzi – co już opisywałem – tworzące strukturę zwaną ‘rodziną morską’ – hermetycznie zamkniętą społeczność, ży­jącą swoim własnym, wewnętrznym życiem, gdzie każdy o każdym wiedział wszystko, nawet najskrytsze tajemnice. Tę jedność, spo­istość rodzinną, na pewno spowodowała obecność kobiet wśród zało­gi i – dla bardzo wielu – możliwość kontaktu z nimi, chociaż na odle­głość. Ciekawe studium psychologiczno-socjologiczne. Wracajmy do zaokrętowania pasażerów na drogę powrotną do Europy – Eastbo­und.

[smartads] Za parę godzin przyjdzie nam pożegnać Kanadę na aż 32 dni Agent kanadyjski, reprezentowany już tak ładnie przez słynnego ‘polskiego Kanadyjca’ Paula Moulin, zwał się z angielskiego McLe­anKennedy Ltd i był jedynym na Amerykę Północną sprzedawcą i koordynatorem miejsc na statki PLO do Europy.
Jedynie w Nowym Jorku biuro PLO miało jeszcze tę możliwość. Bilety były sprzedawa­ne w całej Ameryce poprzez fir­mę McLean w Montrealu. Niestety, jedynym niezawodnym środkiem komunikacji był wtedy na konty­nencie amerykańskim telefon. Na każdy rejs sprzedawano znacznie więcej biletów niż było miejsc. Statek ‘Stefan Batory’ miał szalone powodzenie, ‘LOT’ jeszcze do Kanady nie latał – słowem El Dorado – dla agenta kana­dyjskiego. Były, moim zdaniem, jakieś ‘machloje’, zwykły bałagan i puste obietnice w rodzaju:

–          Dasz pan w porcie przed statkiem 50 dolarów USA w łapę, najlepiej takiemu stewardowi –‘kielnero­wi’ w białym kitlu co walizki nosi – to wsadzą pana do Gdyni. Spokojna czasz­ka….

Niestety dla chętnego do dawania w łapę tak nie było. Obowiązywa­ła żelazna zasada rezerwacji i jej pisem­nego potwierdzenia na 72 go­dziny przed wypłynięciem (tak jak w niektórych renomowanych li­niach lotni­czych). Wiem, że zamysły paru „starszych” rangą ofice­rów były czasem niecne i zboczone seksualnie. Przy­pominam sobie dokładnie; m.in. Pan towarzysz starszy mechanik chciał zabrać – NA PEWNO – nie miałem nadziei, że z dobrego serca i interesu linii że­glugowej – jako formalnie zatwierdzoną przez władze statkowe – podhalańsko – chicagowską kuzynkę w ‘swojej’ luksusowej kabinie, 18-latkę ‘z gór’, ubraną w strusie pióra (tak jak na rewii francuskiej) – rozbuchaną pannicę o móżdżku jak ziarnko fasoli. Na szczęście te knowania szybko i sprawnie ucinał kapitan. Gwoli staranności kronikarskiej panowie ‘starsi oficerowie’ nie pałali chę­cią zabierania w podróż w swoich komfortowych kabinach 75-letnich staruszek lub dziarskich chłopaków, lecz dziwnym zbiegiem okoliczności (zapewne) koncentrowali się na nastolatkach ‘okresu jarzynowego’.

Przypomina mi się jedna z pierwszych przygód korupcyjno-okręto­wych w Montrealu. Zbliża się do mnie straszy wiekiem, o ubielonej siwizną głowie, steward kabinowy Czesiek i informuje konfidencjo­nalnie na ucho:

–          Panie intendencie, patrz pan, starszy człowiek, weź go pan do Gdyni. Zarobisz pan …no stówkę do­lców USA. – stówkę i pięć dych – rzecze mój kolega z pracy…

Z niesmakiem patrzę w tę stronę. Stoi jakiś nowobogacki facet około 50-tki w skórach i kapeluszu a la John Wayne, brak tylko coltów – obok wielka zaciemniona od wewnątrz limuzyna ‘Lincoln’ i setki małych i więk­szych bagaży. Jeszcze się nie poznaliśmy, a on już ma­cha do mnie przyjaznym, lekko niedbałym gestem – jakbyśmy się już znali ze sto lat.

–          Czesiu, spadaj ….nie ze mną te numery – rzekłem.

Parę minut później Czesiu, brat – łata, załatwia ten sam numer z in­nym kolegą, tym razem z ochmistrzem re­stauracyjnym Michałem Hrynkiewiczem – Putkiem. Dostaje taką samą odprawę jak ode mnie. Niedoszły pa­sażer coś złorzeczy – sądzę, że po ‘kowbojsku’, bo nic nie zrozumiałem, rzuca o ziemię drogocennym kape­luszem w stylu epoki nie Gierka, a rodziny ‘Cartwright’ów z Bonanzy’, wścieka się i pieni, na szczęście nie wyciąga coltów z olstrów, bo ich nie ma przy sobie, z furią szuka pana Czesia… Pan Czesio… tymczasem,…. hop, hop… do szpitalika; nagłe zasłabnięcie w pracy i zwolnienie od robot embarkacyjnych do końca dnia… A epilog tej sprawy:

Wściekły kowboj – już bez skór – wraca z nami do Gdyni w następ­nej podróży (za miesiąc z okładem)… i już jest znowu serdecznie za­przyjaźniony z panem Czesiem – stewardem kabinowym, co więcej mieszka na jego sekcji. Mnie – a jakże – poznał a na końcu podróży opisał niestety, brzydko w ocenie statku i załogi, jako: ‘niemiły i nie­uczynny, niski blondyn z biura intendenta’. C’est la vie…

Żal mi było tych ludzi, którzy nie pomieścili się z nami w ramach ‘nadkompletu’. Większość z nich została, niestety, oszukana przez nieuczciwych agentów podroży. Ale jak ich złapać.. teraz w momen­cie embarkacji…gdzieś w El Paso, czy w Chicago na Kedzie Ave…. Szukaj wiatru w polu… Biuro firmy Mc Lean Kennedy odwozi za­wiedzionych, nieraz zapłakanych, niedoszłych pasażerów ‘Stefka’ na lotnisko Do­rval. Tam wyciągając z osobistych części bielizny i in­nych ‘bambetli’ spore zwitki stówek USA płacą oni za bilet lotniczy i za pomocą KLM czy Sabeny lądują za dziesięć godzin na gościn­nym, warszawskim Okęciu. Komu się niezbyt poszczęściło na ziemi amerykańskiej finansowo – to wiem tylko ja i nieliczni – Paul wycią­gał z własnych, a może i firmowych pieniędzy – zwitek tym razem kanadyjskich, kolorowych, studolaro­wych ‘bankcetli’… i już po sprawie.

  

Nawigacja

Strona 1 2 3

Następna strona >>

  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags