‘DZIÓBUCHNA – KU(L)WA MA – Henio Szenk- contra “MIE­CIODYŚCI” czyli Alek Janczarski (Janczar)’
Z uporem godnym lepszej sprawy podkreślam zawsze, iż książka ta nie jest skierowana przeciwko ludziom, broń Boże, przeciwko jakim­kolwiek elitom partyjno – narodowościowym – lecz przeciwko reżi­mowi socjali­zmu realnego, który w oczach ówczesnych ‘pismaków’ był jakoby rajem ludu wszelakiego, odkupionego z grzechu kapitali­zmu lub skaczących jeszcze na…. palmach Trzeciego tzw. Świata. W związku z faktem, iż ten rozdział zaczyna być czasem mojej rze­czywistej lub operacyjnej działalności statkowej – jakbyśmy to dziś nazwali – chcę ukazać normalne, najnormalniejsze życie na pokła­dzie tss ‘Stefan Batory’ od tej strony niewidzialnej, nietkniętej ludz­kim piórem (komputerem), niekiedy starannie maskowanej lub in­doktrynacyjnie eksponowanej, nie ukaranej jednakże za grzech dzia­łalności antypolskiej.

Książka ta zawiera w sobie oryginalny rys holenderski, który – moim zdaniem – świetnie wpłynął na losy statku w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Jako demokrata, członek kilku socjal-chrześcijań­sko-de­mokratycznych ugrupowań w Europie i poza nią, chcę podkre­ślić, że nie ma w tym opisie poszczególnych postaci nic z dyskrymi­nacji, pomówienia lub nietolerancji religijnej, narodowościowej lub rasowej. Z wielką przyjemnością przypominam, że ‘Stefek’ był dla mnie dopiero skromnym ‘impromptu’- wstępem do działal­ności tzw. światowej, gdzie siłą zdarzeń życia stykałem się ze wszystkimi rasami, religiami, mentalnością, a nade wszystko cywilizacjami światowymi. Ów wstęp do mojej personalnej działalności ‘społecznej’ był sza­lenie pokrętny, gdyż oficjalnie i na zewnątrz byliśmy wszyscy jako załoga statku – monolitem, Polakami, z polskim – do głębi – rodowodem (nie zawsze). Średnio było nas 336 sztuk, reprezentujących przeróżne spe­cjalności, zawody, nauki i drobne naleciałości regionalne. Tak więc byli między nami: Gdańszczanie (ludzie Wybrzeża, w większości załoga statku, co jest rzeczą naturalną), Żydzi, przeważnie na lepszych stanowi­skach, Ślązacy (w glorii doby Edzia Gierka), Warszawiacy (i ja miałem zaszczyt być jednym z nielicznych na pokładzie), a także Kaszubi i Krakusy (nieliczna, ale za to bardzo reprezentacyjna grupka). Statek był zro­dzony w stoczni Schiedam – Verolme koło Rotterdamu, w stoczni holenderskiej – dlatego też stale powta­rzający się wątek tego kraju. A może też po części dlatego, iż byłem i jestem do dziś ‘niderlandofilem’, pro­szę uprzejmie nie mylić z neandertalczykiem. Z pełnym rozmysłem odbiegam na kartach mojej książki od chronologii, gdyż celem tego dziełka jest hołd złożony dobrym ludziom, wysokiej klasy jednostkom o głębo­kim podłożu moralno-etycznym, i mój już ostatni wrzask w bramy Polski – pomyślcie o tych, którzy cierpie­li i cierpią, a także o tych, którzy im zgotowali to ‘gorące’ piekło – na ‘zimnym’ morzu.


[smartads]


Ten pierwszy, merytoryczny rozdział poświęcam moim początkom na statku, a także dwóm moim wysokim przełożonym o diametralnie różnych charakterach, drogach życiowych, o dwóch światach w ra­mach jednego statku. Mowa jest o wieloletnich intendentach statku ‘Stefan Batory’ (również starego ‘Batorego’) p. Henry­ku Szenku i p. Apoloniuszu Janczarskim. Zawsze byłem zachwycony ludzkim rozu­mem i geniuszem Gdańszczan. Jak można wyobrazić sobie, że w systemie rotacyjnym dwaj zupełnie różni charakterologicznie inten­denci (po naszemu intendent na statku pasażerskim, to tyle co wielki dyrektor hotelu i banku w jednej osobie). Na ‘papierze urzędowym’ musieli oni odpowiadać PLO swymi przymiotami duchowi Komuny; i konserwatywny, czasem, nawet, o Boże, uznający Jezusa Chrystu­sa, nie znoszący zebrań Egzekutywy Okrętowej Organizacji Partyj­nej PZPR, p. Henryk Szenk oraz typowy czerwony kacyk p. Apolo­niusz Janczarski – Mieciodysta (od nazwiska Mieczysława Moczara – czaru PZPR – tu gwoli historii – przypominam młodym ludziom – podobno walczył wspólnie z nim (Moczarem) w Armii Ludowej, jak wieść gminna niesie, 1 procent polskich sił partyzanckich, antyhitle­rowskich podczas II wojny światowej). Podejrzewam mocno, że czę­ściej niż karabin – trzymał w garści butelkę wódki. Wieloletnia emi­gracja polityczna daje człowiekowi asumpt do głębokich przemyśleń – jak wielki był geniusz tych ludzi z PLO, którzy dobierali pracowni­ków na wysokie stanowiska bez żadnego klucza (poza przynależno­ścią partyjną) – na czyste wyczucie. Jeszcze raz powtarzam, że kur­czowe czepianie się chronologii mego pobytu na ‘Stefanie Batorym’ nie ma żadnego sensu, gdyż pamiętam fakty, słowa, gesty, a najlepiej czyny – samo zaś określenie ich w konkretnych datach jest niemożli­we ze względu na konstrukcję utworu, ponadto, prawdopodobnie większość Czytelników nie była czynna zawodowo w ciekawych, szalonych 70-tych latach zeszłego stulecia. Przepraszam również za zbyt szokujący – być może – tytuł tego rozdziału, lecz po głębokim namyśle żaden inny nie byłby adekwatny do zjawisk i zdarzeń, które wryły się w moją pamięć w istotnym roku Pańskim 1971. Chciałbym też nadmienić, że obaj wysocy dygnitarze na stanowisku intendenta na ‘Stefanie Batorym’ – aczkolwiek, po linii i na bazie (gazie….. co miałem na myśli??) – byli ludźmi dźwigającymi jednoosobowo na swych barkach całą odpowiedzialność za dobre imię statku, fanta­styczną obsługę pasażerów i kuchnię oraz zapasy prowiantowe, roz­rywki i wycieczki lądowe, wszystkie horrendalne rozliczenia dewi­zowo-złotowo-bonowe (robione ręcznie), wysyłkę poczty, również przy pomocy archaicznego stempla i ‘łapką’, organizację życia pasa­żerów i załogi. A więc intendent na “Batorym”, to nie panoczek – in­tendent na stołówce pracowniczej – jak by to się wydawać mogło – taki sobie chłopek roztropek, tnący ‘Trybunę Ludu’ na małe kawałki ‘erzacu’ papieru toaletowego epoki gierkowszczyzny; intendent to znaczyło tyle co ‘Wielki Boss’ w wielu przypadkach (natury hotelo­wo-organizacyjnej na morzu i w portach zagranicznych) przerastają­cy kompetencjami kapitana statku.

Wszyscy Czytelnicy też zapewne mają jeszcze żywo w pamięci moje straszliwe boje i ciężką chorobę, którą mi tak zręcznie ‘wmanipulo­wano’ w marcu roku 1971.

Pełen strachu o dalsze moje losy kroczyłem dalej konsekwentnie drogą – może nie do socjalizmu – ale pro­sto na pokład polskiego statku ‘Stefan Batory’; wielkiej, niezapomnianej przygody mojej wczesnej młodości. Krok miałem sprężysty, twardy kark, ponadto w umyśle moim kłębiły się myśli proste, lecz o dużym znacze­niu – ro­dzice moi kochani nie byli politycznie na ‘tych właściwych torach’, ja tym bardziej, ponieważ nigdy nie pałałem specjalną sympatią do tych chłopców z ORMO, szczególnie zaś w marcu parę lat wstecz – dlate­go też w duchu dawałem sobie odpowiedzi na pytania, które być może zaważą na dalszych losach mojego żywota. Było też jasnym, że człowiek, który nigdy nie ‘wąchał’ spraw morskich, nie miał poję­cia o Wybrze­żu oraz Kaszubach, ani nie był nigdy nad polskim mo­rzem (w wieku lat 4 płynąłem statkiem parowym ‘Zo­fia’ z Pucka do Gdańska chyba – rok 1952 – nic zgoła nie pamiętam poza niekończą­cym się odruchem wy­miotnym u mnie i mojej siostry bliźniaczki oraz piekielnie czarnym dymie, buchającym z komina ‘białej flo­ty’). Mała, bardzo maluteńka zaliczka doświadczeń na poczet pracy na ‘Stefanie’.

W końcu kwietnia 1971 roku – znowu szara, lekko brudna kopertka z nadrukiem PLO i bohomazem statku – w środku zaś liścik ‘nogą pisany’, że obywatel ma zamustrować na statek ‘Stefan Batory’ na stanowisku asy­stenta intendenta w dniu 3 maja br.  Koniec… krop­ka…

Sprawa polska, a stanowisko oficera rozrywkowego. Moja urocza, wspaniała Krysia z Działu Kadr wytłuma­czyła mi, że na naleganie p. Henia Szenka mam zostać skierowany do pracy w biurze intendenta, gdyż to jest w jego, Henia Szenka przekonaniu odpowiednie stano­wisko dla moich kwalifikacji. Jak obecny rozrywkowy (Eryk Kulm) sam się wykończy, lub popadnie w niełaskę, to wtedy ja wskoczę na roz(g)rywkowego. Było mi danym czekać na tę chwilę dziewięć mie­sięcy. Zresztą, jak mówił Henio Szenk – ‘ofice(l) (l)oz(l)ywko­wy to jest głupi (l)uj, który nic nie umie i tylko niemiłosie(l)nie opija (al­koholowo, dużo było w tym racji) kraj z ciężko zap(l)acowanych przez statek dewiz – Ku(l)wa mać…’. Koniec cytatu p. Henia Szenka na temat powagi i władzy ‘urzędu’ oficera rozrywkowego. Szczerze mówiąc już po kilku dniach zobaczyłem, że ‘roz­rywkowiec’ to wcale nie taki wielki cymes…

Zresztą pomyślawszy chwilę przyjąłem nową etatyzację z podzięko­waniem, konkurs na wielkiego oficera rozrywkowego oraz świeżo przebytą, ciężką ‘chorobę jądrową’ zacząłem jakby z lekka zapomi­nać.

Więc znowu osobowo-przyspieszony do Gdyni – zawsze spóźniony – i jestem sam na sam z morzem i jego romantyką. Być może samo opisywanie trudów ‘wbicia się’ w mundury (w trybie expressowo-przyspieszo­nym, znowu ta cudna Krysia S.), dopasowanie straszli­wie piekących butów ze skóry 170-letniego ‘bizona’ (chyba, niele­galnie skłusowanego w Białowieskim Parku Narodowym – ku moim nieopisanym ‘katuszom stopowym’) oraz innych zgryzot natury wy­posażeniowej i technicznej – tak nie zaważyło na moim losie jak samo fizyczne zetknięcie się z wodą.


[smartads]


I tutaj czas na refleksje. Aczkolwiek bardzo młody wówczas mój wiek nie zwalniał mnie od nitki cynizmu i sarkazmu w stosunku do świata – tutaj jednak poczułem, że ta niezbyt ładnie pachnąca, szaro­brudna woda oddzielająca się wąskim paskiem od burty statku ma oznaczać moje nowe życie, nową, trwałą przyjaźń na wieki z mo­rzem, z polskim morzem. Morze, które wprowadziło mnie poprzez wąski trap (schodnie) w zaklę­ty, zaczarowany świat – świat innego, nie gorszego, ani nie lepszego życia. Samo wyobrażenie statku nie na­pawało mnie strachem, gdyż wcześniejsze lata spędziłem ‘pod sa­molotami’, wobec czego ten wielki kolos, ‘potwór techniki’, nie miał wpływu na mój stan psychiczny w tym zakresie. Wejście, pierwsze wejście na statek, było niezaprzeczalnym wyróżnikiem ‘okoliczności miejsca’ i jednocześnie dozgonnej miłości do mo­rza, do polskiego morza i tego momentu na pewno nie zapomnę do końca mego życia, czy to tylko w pamię­ci, czy w pracy literackiej lub jakiejkolwiek in­nej formie wypowiedzi. Przypominam sobie, iż nie posiadając w nadmiarze finansowych darów bożych, a mając bardzo wysportowa­ne nogi, musiałem pokonywać kilome­try, ba dziesiątki kilometrów na piechotę. Tak też było z moją maleńką walizeczką towarzyszącą mi na sta­tek – fantastycznie wtedy modną torbą w kolorze turkusu i granatu przedstawiającą godło linii lotniczej KLM. W walizeczce był mały miś. O nim, czyli o misiu, opowiem później, gdyż jego stale ‘podróżowanie’ ze mną obudziło wyobraźnię i węch obrony kraju u celników i WOP-istów. Tak, wybaczcie moi drodzy, ze wszystkich znanych mi ’machos’ marynarki i lotnictwa bardzo wielu jak ja jeź­dziło z maskotkami, zwierza­kami: misiami, króliczkami, pieskami czy lewkami, czasem z pończoszką ukochanej lub jakimś innym ‘per­wersyjnym’ gałganem. Po prostu w myśl zasady – jeśli nie możesz zabrać czegoś ze sobą w drogę – weź chociaż tego miniaturkę lub masko(ko)tkę. O tych ‘kokotkach’ będę pisał dalej….. tych było i będzie zawsze wystarczająca ilość na potrzeby każdego zdrowego marynarza słonych wód (czasem wódek białych).

Już z daleka – sokoli – na owe czasy mój wzrok rozróżnił sylwetkę statku, stającego u Nabrzeża Francuskie­go przy Dworcu Morskim w Gdyni. Sylwetka dużego statku robi na każdym wrażenie. W moim zaś przy­padku oglądając statek z bliska, wiedząc, że będzie mi do­mem – być może na lata – i tak się stało – miałem bardzo mieszane uczucia. Był to czarny, zgrabny statek pasażerski – rozróżnić go było łatwo po całej masie ‘bulajów’’ (okien kabin pasażerskich – w prze­ciwieństwie do trampów), z jednym kanarkowożółtym komi­nem z czerwoną opaską armatorską Polskich Linii Oceanicznych – oraz trójzębem towarzysza Neptuna ze zgrabnie wmontowanymi literka­mi PLO. Komin posiadał dwa skrzydełka na bokach – do dziś nie wiem dla­czego. Jedynie mogę próbować się domyślać, choć wiem – pewnie przez przypadek natury technicznej – dla­czego buduje się małe mini skrzydełka (winglets) na płatach odrzutowców typu MD-11’s. Pamiętam, że przystanąłem na chwilę przed samym wejściem na statek, by przyjrzeć mu się dokładnie. Duży, teraz to wiem na pa­mięć – dwa razy dłuższy niż Jumbo-Jet (wtedy były już pierwsze eg­zemplarze w eksploatacji) – ‘Stefan Batory’ miał 153 metry długo­ści, czarny, stalowy, wydawało mi się ciężki szkielet, lekko jakby drga­jący pracą turbiny parowej – rzeczywiście ta musiała stale pracować, nawet podczas postojów portowych, gdyż w przeciwnym razie groziłoby to zniekształceniem wału – dowiedziałem się o tym szczególe operacyj­nym później. Oprócz tego – nawet w basenie portowym – fale morskie powodowały nieznaczny, prawie nie­wyczuwalny ruch, ale po chwili uwagi ruch ten można było doskonale odczuć. No, przynajmniej nie na skalę choroby morskiej, aczkolwiek wielu pasażerów, a także przyszłych ‘oficerów rozrywkowych’ chorobę roz­poczynało już od oglądania statku.

A więc to jest miejsce, gdzie wypadnie mi spędzić spory kawałek młodości, wczesnej, górnej i chmurnej – tego jedynego, niepowta­rzalnego daru Boga, gdy człowiek rozrasta się w siłę, byle nie tak, jak zapożyczona Polska za czasów Edzia Gierka. Nie chcę zanudzać Czytelnika jakimikolwiek wynurzeniami natury rozmy­ślań nad sa­mym sobą – na to nie było czasu wtedy a i teraz nie miałoby żadnego sensu. Wielka Przygoda sta­ła u trapu – za parę minut, sekund…za­cznie się prawdziwe życie marynarza, to wyśnione i wyczytane w ge­nialnym ogłoszeniu w warszawskim ‘Expressie Wieczornym’ z dnia 23 czerwca 1970 roku. Stare, utarte, a powiem mocno i dosad­nie, głupie bajdurzenie dotyczące pracy na morzu i o ofiarach ‘Tita­nica’ okazało się nietrafne i bajecznie naiwne w zetknięciu z rzeczy­wistością mojej pracy, w miarę zdobywania doświadczeń, a także wiedzy fachowej. Zaś jeszcze bardziej uśmiałem się lata później – po realizacji dzieła filmowego p. Camerona (też starozakonny), który pomylił pewnie sztywne, oficerskie zwyczaje angielskie z Arką, to­warzysza patriarchy Noego. Ukazał oczyma swojej wyobraźni ‘szczura lądowego’, nagrodzony deszczem Osca­rów, koniec wielkie­go kolosa w wodach Atlantyku w kwietniu 1912 roku. Ja sam, już kilkadziesiąt miesięcy po rozpoczęciu pracy otarłem się o ten sam schemat – nawet nie wiedząc o tym. Tę historię zamieszczę we wła­ściwym czasie. Jakże genialne okazały się rady starszych marynarzy – w moim przypadku również wete­ranów lotników podniebnych dróg, którzy w momentach mojej ‘słabości’ zapytywali mnie wielo­języczną gwarą: – a modlić to ty się umiesz? Nic i nikt jednak, nawet walka uczuć w duszy, ani nawet ‘kolesie’ z ORMO z opaskami na rękach (jako służba pomocnicza) nie odwiodło mnie od planów wej­ścia na statek. I znowu zaczyna się kołowrotek spraw, bezładna bie­ganina – bo po raz pierwszy w życiu mustrujesz – i tak nie wiadomo dokąd – tłumy załogi (336 sztuk), kobiety o bardzo wyraźnych, ru­bensowskich kształtach, o zama­zanej tobołami linii talii, mężczyźni z lekka rozpychający się, uczynni, torujący drogę do trapu załogowe­go tym, co stoją wyżej w hierarchii urzędniczo – morskiej, oficero­wie w czapkach (z granatowym ‘nale­śnikiem’), toboły, neseserki, czasami gdzieś zgrabna szyjka buteleczki PMS-u – dla wtajemniczo­nych Pol­skiego Monopolu Spirytusowego. Wysyłają mnie do Kapi­tanatu Portu (ten na szczęście był o rzut kamie­niem od Nabrzeża Francuskiego, gdzie było stałe leże ‘Stefka’), kontrole osobiste, stemple i Bóg wie co, za­nim nie dostąpiłem trapu, uzbrojony jedynie w paczkę z mundurami, nowymi butami z żubra (chyba) i mi­siem pluszowym. Wreszcie ów upragniony dzień 5 maja 1971 roku. Jest około 9-tej rano i ja, marynarz, wca­le nie słodkich wód – wspinam się na nową drogę życia po ruchomej i chwiejnej schodni. Na szczęście ktoś jeszcze pomyślał o dodatkowym zabezpieczeniu. I gdyby ktoś: jedna z bardzo korpulentnych pań lub bełko­cący coś z wódczanym odczynem osobnik, zechciał ‘awaryjnie lądować’ w pasie wody morskiej to wpadłby do specjalnej sieci (nie rybackiej), chroniącej załogę od wypadku przy pracy.

Trap załogowy za mną – adieu lądzie. Wewnątrz dziura ciemna – na moją akomodację oka – człowieka z lądu, niezbyt dobrze oświetlona, i u wejścia do trapu dwóch dryblasów (jeden chyba grubo ponad 2 metry wzrostu).

–          Do kogo, na jakie stanowisko? – Pokaż książeczkę żeglar­ską, k….

Zawsze czyniłem wysiłki, by dokładnie rozumieć język ojczysty władcy Mieszka I, p. Mikołaja Reja z Na­głowic, p. Bolesława Prusa lub p. H. Sienkiewicza. Przyznaję uczciwie – bez bicia – że żmudnie ucząc się ję­zyków obcych zaniedbałem rodzinną ‘łacinę’. Wkrótce miałem się przekonać, że to żadna wulgarność, to normalne wyraże­nia ‘techniczne’.

–          Spierd… ty ssss…yynu – przeleciało obok mnie, a skierowa­ny był ten wdzięczny

epitet do ‘poważnego bardzo’ członka PZPR, aktywisty, naszej Zjednoczonej, który pełnił na statku – w wieku 40 lat – funkcję boy’a hotelowego, czyli innymi słowy takiego ‘szczeniaka od przynieś – podaj’.

Nie wiedziałem wówczas, tj. w pierwszym dniu mego pobytu na prawdziwym statku pasażerskim, że funk­cja ta w hotelu statkowym jest doniosłym osiągnięciem zawodowym, tak, no powiedzmy na miarę doktoratu z filozofii. Zapomniałem, niestety, jak miał na imię ten towarzysz, ale przypominam sobie jak podczas obo­wiązkowej obecności na tzw. otwartych zebraniach partyjnych – tytułowano go TOWARZYSZ-BOY.

  

Nawigacja

Strona 1 2 3

Następna strona >>

  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags