Upraszam moich Drogich Czytelników, by nie traktowali tego alarmistycznego tytułu jako poważnego nawoływania ku szukaniu schronów w pobliskich laskach i nad rzeczkami oraz pospiesznym pisaniu testamentów i ostatnich ‘wól’….

Oczywiście, nie o to chodzi. „Chłopcy koreańscy z Północy znowu rozrabiają na arenie światowej. Bawią się nowymi – dla nich – rodzajami broni wraz z machaniem ‘termojądrówką’ na czele. Zabawa militarno- wojenna polega na przewożeniu atrap pocisków średniego zasięgu na kilkuset platformach samochodowych – od defilady – do następnej defilady….. Jest zrozumiałym, że Korea Południowa (Republika Korei) wykazuje zrozumiałe zaniepokojenie, bo przecież jedno z najwspanialszych miast naszych czasów Seoul (stolica części południowej) leży zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od linii demarkacyjnej na 38 równoleżniku szerokości północnej.

Dlaczego potrzebujemy „wujków”? Zaznaczam określenie ‘wujków’ jako popularny synonim wojsk Stanów Zjednoczonych rozrzuconych po wszystkich niemalże zakątkach kuli ziemskiej. Nasz ukochany świat paliłby się (nie tylko w awanturniczym umyśle np. p. Palikota), gdyby nie stała 100 proc. ochrona ziemi i orbit ziemskich przez siły powietrzne, morskie i lądowe armii USA. Bez tego – klops; dla Europy i dziesiątek innych krajów świata na wszystkich kontynentach.

Beznadziejne wieczne poddenerwowynie świata przez kolejne trzy pokolenia satrapów idiotów północno-koreańskich powoduje permanentną grę wojenną, w której któraś ze stron może jutro (lub jeszcze dziś) stracić panowanie nad sobą i własnymi ludźmi, dobrą wolę, chęć zachowania spokoju… i naciśnie na ten niezbyt jeszcze sprawny guzik ‘małego konfliktu’ atomowego na Wschodzie Azji. Taki ‘konflikcik nuklearny’ mógłby przynieść – w zależności od źródeł – od sześciu do kilkudziesięciu razy gorszy i tragiczniejszy skutek niż przeżyty w naszym życiu…. Czernobyl! Wyobraźcie sobie taką sytuację Drodzy Czytelnicy. Dorobek życia, nas Europejczyków – na śmietniki historii, na lat kilkaset, może kilkadziesiąt. I dalatego apeluje tu do nas wszystkich – kochanych współeuropejczyków… Dajcie ludzie wolną drogę amerykańskim transportom na naszym – skadinąd ukochanym – kontynencie europejskim. Dajcie wolną drogę! ……… Dajcie wolną drogą!

Dziś jakoś – wybaczcie Państwo nie będę zajmował się sprawami kraju – tymbardziej, że znowu ogień gorączki śmiertelnej trawi nasz naród od lat trzech – a to za sprawą tzw. katastrofy smoleńskiej. Przypominacie sobie Czytelnicy moje słowa sprzed lat trzech? Gdybyż to w tydzień po nieszczęściu – za zgodą ówczenego premiera, teraz prezydenta-cara Wszechrosji p. Putina lub bez niej – powołać amerykańską komisję d/s Bezpieczeństwa Transportu (NTSB) – to dziś nikt nie rozgrzebywałby ‘smoleńskiego wypadku’. Po co? Wiedzielibyśmy wszystko to, co wiedzieć trzeba!!!

Zbliża się właśnie czterdziesta piąta rocznica moich kontaktów ze światem zewnętrznym – po opuszczeniu tzw. ukochanej ojczyzny zwanej wówczas PRL-em. Dane mi było jeszcze potem raz służyć dla kraju w Polskiej Marynarce Handlowej do roku 1976…. reszta jest … emigracją i milczeniem – do dziś.

Juz w latach szcześcdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku bardzo szybko doszedłem do wniosku, że stosunkowo mocne na owe czasy NATO (Pakt Północno- Atlantycki) było trwałe i mocne ilością personelu USA w Niemczech i masowością i niezawodnością transportu lotniczego (m.in. cywilnego) w Europie Zachodniej. Teraz transport lotniczy ‘wyalienował się’ ze struktur wojenno-lotniczych a żołnierze amerykańscy siedzą przy piwie na emeryturach…. w Teksasie.

Równe 45 lat temu byłem w ramach ONZ-owskiej wymiany kulturalno-wojskowo-kurtuazyjnej (kurtyzany też były) na ‘jednorocznej’ wycieczce turystycznej w Rebublice Wietnamu Połudnowemu, gdzie sytuacja niesłychanie przypominała ‘toczka w toczkę’ dzisiejsze, beznadziejne zmagania koreańsko-koreańskie. No była różnica… W mojej młodości, służąc w ONZ wiedziałem, że Chiny Ludowe przew. Mao są jeszcze nieznanym nam bliżej kolosem (kto wiedział, czy nie na glinianych nóżkach), Rosja chyliła się pod naporem rozwalającej się ( z wolna) komuny i dziesiątek prowadzonych przez nią wojen i konfliktów zbrojnych. Ameryka, te wielkie Stany wykończone wojnami – jak Rosjanie – musieli się wycofać, gdyż w Indochinach życie było ‘nieco’ trudne. Przykład, którym się posłużyłem jest dowodem, że wielkie USA musiały umknąć drapieżnemu wrogowi komuny tzw. azjatyckiej, by w latach późniejszych – do dzsiaj- pilnował żołnież USA pokoju światowego. Innych żołnieży – jakoś poza paroma skromnymi wobec potęgi kolosanej siły uderzeniowej misjami USA – nie widzę. I nie będzie…. bo na to potrzeba by miliardów…dziennie.

Nie należy zapominać, iż poza super technologią lotniczą B2 i F18, USAF do dziś używa stacjonujących w bazie Diego Garcia na Oceanie Indyjskim samolotów – latających fortec (latających biur operacyjnych prezydentów USA) typu B-52H. Dodam, iż te niedoścignione ‘graty’ liczą sobie 65 lat – i nikt jeszcze ich nie nadgonił technologicznie i nawigacyjnie pod względem niezawodności operacyjnej owych ‘strażników pokoju’ jak B-52 nazywają je sami „wujkowie” z USA.

Pytanie logiczne i nieuniknione. Czy potrzeba nam stałej interwencji militarnej USA do dnia dzisiejszego?
Odpowiedzcie Państwo sobie sami na to pytanie…

Na razie w konflikcie koreańskim związanych jest klinczem śmiertelnym sześć państw… obie Koree, USA, Rosja, Chiny i Japonia. Ameryka czyli USA – które może spać – jeszcze, na razie, póki co – spokojnie. Opisywana na początku tego artykułu skala wojny ‘precyzyjnej’ budzi gigantyczny już teraz niepokój Chin Ludowych i Rosji oraz Japonii, gdyż ich straty w wyniku możliwej wojny – pomijając obie Koree – będą (raczej były by) nie do odrobienia w sferze politycznej, ludnościowej i gospodarczej….

Jedynym wygranym mogą być Stany Zjednoczone i ich operacje wojenne na Pacyfiku. Broń, sprzęt transportowy, środki ratownicze i medyczne muszą dopływać szerokim frontem na cały Daleki Wschód….

Pisząc ten artykuł nie umniejszałem skali niebezpieczeństw. Tak jest – według mojej oceny – naprawdę. Mówię wojnie – NIE!!! Ale kto posłcha – jednego, z bodajże, ostatnich ‘komowojażerów’ informacji plotek wojennych i konfliktów naszch czasów. Całe moje długie życie spędzałem w oparach wojny. Dzieciństwo – żyłem pod okupacją sowiecką w PRL-u, później latami konfrontowalem się na niwie wykonywania zawodu z tzw. konfliktem Wschód-Zachód, potem lata spędziłem w oparch wojen Bliskiego i Środkowego Wschodu, byłem także na Dalekim Wschodzie…. Nawet w dalkiej Australazji pokoju też nie było mi dane zażyć……..

Dlatego też odpowiedź na moje pytanie może być pozytywna, gdyż nie chciałoby się pożyć dalszych, danych mi przez Opatrzność lat w atmosferze ‘praktyk wojennych’ wokół nas. To chyba jasne….

Cóż wiele szukać. Co w kraju? Nie piszę dzisiaj, bo uważam to za zbyt łatwe dla polskich rzadzących, by ‘spychać’ nową, wolną Polskę w ramiona ‘graczy’ większych niż nasz kraj ojczysty. Chyba mam trochę racji.

Czekam na refleksje i komentarze Państwa Czytelników,

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Andrew BENIGER
pisarz i dziennikarz polonijny

pisano w Wiedniu dnia 13 kwietnia 2013 r.// 11:49 LT

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags