bild
Ponad 20-letnie obcowanie ze starszym o 80 lat, dziadkiem, odcisnęło na mnie piętno. Niebagatelne, bo sprecyzowało moje podejście do starości. Mój Dziadek był stary. Zmarł na kilka tygodni przed swoimi 104. urodzinami, do końca ciesząc się stosunkowo dobrym zdrowiem ciała i ducha. Do kanonów rodzinnych opowieści przeszły już historie jego rozmów z sąsiadami, 80 latkami, do których mówił „dzieciaku”.

Mówił wprawdzie bardziej dobitnie, ale cytować się nie godzi. Historia relacji wnuczka – dziadek nie jest wcale sielankową opowieścią, jest dojrzewaniem dziadka, by dać sobie prawo do odpoczynku, powolności czyli po prostu starości… I mojego, do tego by ćwicząc w sobie cnotę pokory, wysłuchiwać (często nawet nie słysząc, o czym później) coraz to tych samych opowieści, przełamywać w sobie różnorakie opory. Jako dość aktywna dwudziestoparolatka z pewnością miałam szereg lepszych zajęć niż czytanie dziadkowi książki papieża, z której nie rozumiał ani słowa. Uczciwie mówiąc – ja tez nie. Bynajmniej nie wtedy. Myślę o moim dziadku ciepło zawsze wtedy, gdy dane jest mi z mniejszej lub dalszej odległości obserwować to, z jakimi problemami borykają się starsi ludzie w Austrii. Umówmy się – stary był dla mnie 104 letni dziadek i to dla mnie miara starości, 90 latek może być co najwyżej w podeszłym wieku.

Choćby nasza najbliższa sąsiadka. Babcia, osiemdziesięcio-kilkulatka, w pełni sil witalnych. Z rodzina mieszkającą, nie przymierzając 500 m dalej, na równoległej ulicy. Nie mnie oceniać jaka była mamą, teściową, kuzynką etc. Być może rodzina swoje powody ma. Nie wiem. Wiem tylko, ze czysto ludzka przyzwoitość wymagałaby, by babcią zainteresować się trochę częściej niż w okolicy swoich własnych urodzin czy świąt. Choć może to i tak wielki sukces, ze choć tyle.

Mam taka nieśmiałą intuicję, że taką mamy starość, jaką sobie za młodu wypracujemy. I nie chodzi mi tu bynajmniej o wysokość emerytury. Bo jeśli dzieciom, wnukom i ich rodzinom byliśmy gotowi oddać nie pieniądze, nie luksusy, a swój czas, to… czym skorupka za młodu nasiąknie… Tego jestem niemal pewna, gdyż obserwuje jeszcze inną kobietę „Panią Babcię”. Trójka jej dorosłych dzieci niemal „kłóci się” z kim mama w tym roku spędzi święta albo kogo odwiedzi na niedzielny obiad. Każde chce mieć ją u siebie, bo gdzie jest Pani Babcia, jest wewnętrzny spokój i pokój. Ale i ona odpowie na każde zaproszenie, pojedzie do córki do Monachium, odwiedzi cały zastęp swoich „adoptowanych” wnuków i prawnuków, nie tylko z okazji urodzin, ale i bez okazji zaprosi je na obiad czy spotka się na kawę w mieście. Właściwie można powiedzieć, jest nadal aktywna zawodowo, pomagając charytatywnie rożnym osobom. I czerpie z tego radość, choć, na szczęście, nie potrzebuje udowadniać nikomu, ze ona jest młoda. Robi tyle ile może, znając swoje granice. Świetnie czuje się w roli babci. Wdową została mając trochę ponad czterdzieści lat.

Z problemem samotności za to boryka się jej rówieśniczka, mieszkająca gdzieś na drugim końcu Wiednia. Dwójka jej dorosłych dzieci mieszka stosunkowo niedaleko. Jedna pani ustala rytm swojego życia według wizyt u męża w ośrodku opiekuńczo-leczniczym, druga właściwie go nie ustala. Daje się ponieść datom, terminom, leczeniom, wyjazdom i moim wizytom. Samotnie wychowała dzieci. Poza ciężko chorą siostrą, mieszkająca na drugim końcu miasta, nie ma właściwie nikogo najbliższego. Porusza się o kulach, ale jest w znacznej części samodzielna. Odnoszę nieodparte wrażenie, ze jest gotowa wymyślić najbardziej absurdalne zadanie, zapłacić za jego wykonanie, oszukując się, że to cena za zrobienie zakupów czy odkurzenie mieszkania. To cena za to, by był ktoś, kto obejrzy zdjęcia prawnuka, pochwali najnowszy wyrób na szydełku czy zrobi zdjęcia choinki. I komu można podać kod do skrzyneczki z kluczem, tak… na wszelki wypadek. Pani charakteru łatwego nie ma, ale 2h da się z nią wytrzymać. Pani Babcia ustala rytm swojego życia według obowiązków, które mam wrażenie, przytłoczyłyby niejedną młodą osobę. Mnie bynajmniej czasem przytłacza samo słuchanie o jej wypełnionym po brzegi kalendarzu.

Jest jeszcze wspomniany mąż jednej z pań. Sparaliżowany po dwóch wylewach, wyrzucający z siebie kilka słów i dźwięków. Z rodziną mieszkającą dwie stacje metra dalej. Sąsiadka podporządkowała życie chorobie męża. Sama nie podejmuje innych aktywności. Nie wiem czy nie starcza jej już siły czy czasu. Z szeroko pojętej obserwacji wiem, ze emeryci to najbardziej spieszącą się grupa społeczna. Oni czasu nie maja nigdy. Jest w tym jakaś mądrość, bo właściwie to nie my mamy czas, czas ma nas i to na określony odcinek. Jest w tym jakiś smutek, bo chyba przez nieustanny pospiech ściągają na siebie piorunujące spojrzenia ludzi, którzy wyszli na 15 minut przerwy z pracy, by kupić cos na lunch. Poza tymi wizytami sąsiadka pełna oczekiwania i pretensji, ze cały świat nie dostroi się do niej oczekuje aż ktoś się ulituje. To dość trudne, bo jeśli wizyta to tylko wtedy, gdy akurat nie je, nie śpi, nie wychodzi, nie ogląda tv, inaczej – choć przyjmie osobę serdecznie – nie obejdzie się bez komentarza, że tak to jej właściwie nie pasuje. Być może i to jeden z powodów, dla których liczba odwiedzających spadla do zera. Ludzie starsi są egoistyczni i wymagający.

Ludzie starsi są nie tylko wymagający, ale dla nas, pokolenia IKEA są z reguły… nudni. Z ciągłym powtarzaniem tych samych historii, wiecznym użalaniem się nad swoim stanem zdrowia i ze skłonnością do dość naturalistycznych opowieści. Te najlepiej ujęte zostały w kilku scenach z filmu „Das ewige Jugend”. Kto nie oglądał, niech żałuje, a kto widział, wie o czym pisze.
O tym, ze ludzie starsi są nudni, myślimy przynajmniej dopóki mamy ich blisko. Kiedy słyszę cos po raz drugi, rzadko skupiam uwagę, mam pamięć do słów, nie do obrazów. Mój dziadek właściwie w każde święta opowiadał tę sama historię, jak udało mu się przechytrzyć niemieckich żołnierzy i przeszmuglować radio. Wiem, ze były sanki, śnieg, radio schowane gdzieś pod kocem. Jakieś szczegóły? Wyblakły. Przestalam słuchać. Kiedy dziadek spędzał ostatnie dni w szpitalu, kolega podpowiedział mi: nagrywaj! Filmuj! Patrzyłam na niego jak na kosmitę, czując sprzeczność w przezywaniu misterium odchodzenia i używaniu aparatu. Dziś, kiedy słowa i obraz dziadka przypominam sobie tylko w strzępach – żałuję. Miał rację. Choć warto wspomnienia starszych ludzi nagrywać zanim dojdzie do krytycznego momentu.

Babcia- sąsiadka poszukuje aktualnie wolontariuszy, którzy odwiedzaliby jej męża choć na 2h tygodniowo i … wypełnili tak pustkę po rodzinie. Jakim był ojcem? Pomiędzy wierszami przebija się jeden obraz: raczej nieobecnym.

Tym trzem paniom złożyłam w zeszłym roku życzenia z okazji Dnia Babci. Były wyraźnie poruszone i wzruszone faktem, ze gdzieś na świecie, w dalekiej (bynajmniej mentalnie) „Osteuropie” obchodzi się Dzień Babci (i Dziadka). Bo to trochę tak jakby przez to święto spróbować choć na chwilę zwrócić oczy społeczeństwa na problemy ludzi starszych. Świat się zmienił, rodziny porozrzucane są po całym świecie, a i urazów w nas niemało. Być może dlatego często łatwiej pomóc obcej starszej osobie, wobec której nie mamy oczekiwań i uprzedzeń, a często po prostu mamy ja w zasięgu ręki. Może warto zatrzymać się na chwilę, gdy znów ten zrzędliwy pan z parteru zaczepi nas w trakcie spaceru z psem? Wysłuchać, uśmiechnąć się, powiedzieć dwa ciepłe słowa. To czasem wymaga wiele więcej determinacji niż samo otworzenie ust. Być może za kilkadziesiąt lat jego prawnuczka ze zrozumieniem wysłucha naszej frustracji w trakcie wizyty u lekarza. Dobro zawsze wraca.

***
Wszystkim babciom, dziadkom z okazji ich święta życzę, by byli wyrozumiali dla siebie i innych. Nic tak bardzo nie krzepi, jak pogodne oczy starszego człowieka świadczące o życiu być może trudnym, ale spełnionym. Ludziom trochę młodszym (więc i sobie) życzę tego, by z obcowania ze starszymi wyciągali dla siebie najcenniejsze lekcje pokory.

Anna M. Gacek
Foto: Gertie Wagerer

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags