rozmaitosci2.jpg

Przeglad wybranych i aktualnych informacji dla Polonii

POLITYKA

Podczas uroczystych obchodow rocznicy bitwy warszawskiej Bronisław Komorowski przypomniał, że do finału zbliża się udział Polaków w misji w Afganistanie. Powiedział, że to dowód na to, że nasz kraj odchodzi w końcu od “polityki ekspedycyjnej”. – Chcemy jak największe środki budżetowe przynależne siłom zbrojnym, przeznaczać nie na misje zewnętrzne, ale na modernizację armii polskiej pod kątem potrzeb obronnych naszego terytorium – oświadczył Bronisław Komorowski.
Prezydent mówił także o cięciach w tegorocznym budżecie państwa, które, jego zdaniem, w ograniczonym stopniu powinny dotykać obronności kraju. Ministerstwo finansów zaproponowało, żeby wskaźnik 1,95 procent PKB, który gwarantuje stałe środki na obronność, został zawieszony do końca roku. W projekcie nowelizacji ustawy okołobudżetowej na 2013 rok ministerstwo proponuje, żeby odstąpić od tej zasady.
– Tegoroczna korekta budżetu MON nie może zagrażać także samej regule 1,95 procent na przyszłość, dotyczy to również tworzonego obecnie budżetu obronnego na rok 2014 – przekonywał Bronisław Komorowski. Obecnie MON dysponuje budżetem na sumę ponad 31 miliardów złotych. Zawieszenie wskaźnika 1,95 procent PKB oznacza, że resortowe środki wrócą do stanu sprzed roku.
Wcześniej prezydent wręczył odznaczenia państwowe i awanse generalskie. W tym roku szef MON wnioskował o dziewięć nominacji: dwóch oficerów dostało awans do stopnia generała broni, dwóch generała dywizji, a czterech na pierwszy stopień generalski, czyli generała brygady. Dziewiątym z awansowanych jest marynarz. Bronisław Komorowski wręczył mu nominację na stopień wiceadmirała./onet/

POLITYKA I GOSPODARKA

Premia za wstąpienie do związku “Solidarność” – 179 zł; zapomoga dla prałata Jankowskiego – tysiąc złotych, honorarium żony wiceprzewodniczącego “S” Guzikiewicza – 1920 zł…

Jest rok 1997. Szef “Solidarności” Marian Krzaklewski ogłasza zbiórkę na ratowanie Stoczni Gdańskiej, kolebki związku. Prowadzi ją stowarzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską. Uzbierało 5,3 mln zł.

Pół miliona poszło na zapomogi dla zwolnionych stoczniowców, ok. 3,5 mln – na gwarancję bankową, by stocznia kontynuowała produkcję. Później pieniądze z gwarancji wróciły do Solidarnych i trafiły na lokaty bankowe, a że były to czasy wysokich stóp procentowych, majątek szybko urósł do 6 mln zł. Stowarzyszenie weszło też w fundusze inwestycyjne i straciło na giełdowej bessie 2008-09 r

Krzaklewski, szef prowadzącego zbiórkę stowarzyszenia, przekonuje, że zostały mu 3 mln zł, dzięki którym Solidarni mają rozpocząć jakąś działalność gospodarczą. Chwali się też, że 2 mln przekazał na remont sali BHP w Gdańsku, w której w 1980 r. podpisano Porozumienia Sierpniowe. Podkreśla, że przez 16 lat zdołał podwoić zebraną kwotę. Biorąc pod uwagę inflację i stopy procentowe od roku 1997, to podobny wynik uzyskałby na lokatach bankowych.

Największa pozycja w wydatkach to 4,7 mln zł dla “Solidarności” stoczni. Związkowcy co roku przynoszą do stowarzyszenia całe kartony z rozliczeniami. Są tam tysiące nazwisk i sum – zwykle po kilkaset złotych: zapomogi, pożyczki i chwilówki (umarzane), zasiłki chorobowe i ślubne, paczki na święta. Gdy szef związku szedł na pogrzeb pracownika, wieniec kupował z cegiełek na ratowanie stoczni.

Za wstąpienie do związku płacono 120 lub 179 zł. – Ja to oceniam jako podkupywanie ludzi – mówił “Gazecie” szef Związku Zawodowego “Okrętowiec” Marek Bronk. – Chciałeś chwilówkę? Trzeba było pokazać się na wiecu, a najlepiej pojechać na manifestację – opowiada jeden ze stoczniowców.

Zakładowa “S” jest jedną z najsilniejszych w kraju. Z 1900 pracowników do związku należy aż 1500, a wiceprzewodniczący Karol Guzikiewicz, etatowy związkowiec od 1996 r., jest jednym z najgłośniejszych działaczy. “Ratowanie stoczni” to słowa klucze, na których zbudował karierę. Choć znany jest z wybuchowego charakteru, łatwo wdaje się w konflikty i reprezentuje interesy jednej partii (kandydował do Sejmu z listy PiS), to wśród załogi cieszy się dużym poparciem. Czym to wyjaśnić? – Po prostu jestem zdolny – wyjaśnia z uśmiechem.

Jednak Guzikiewicz to mieszanka talentu z potężnym finansowym wsparciem, które zakładowa “S” dostała od stowarzyszenia Krzaklewskiego.

“Solidarność” organizowała głośne wiece w stoczni dla Jarosława Kaczyńskiego, na wszystkie krajowe manifestacje wysyłała kilka autokarów z ludźmi, którzy dostawali za to pieniądze. Guzikiewicz (startował do parlamentu z list PiS) organizował też palenie opon na ulicach i pikiety pod domem premiera. Spod pomnika Poległych Stoczniowców przeganiał legendy opozycji – Bogdana Borusewicza i Bogdana Lisa. W 2009 r. związkowcy zagrozili: “Jeśli rząd nie uratuje stoczni, 4 czerwca zrobimy dym”. Donald Tuska przeniósł więc obchody 20. rocznicy wyborów z 1989 roku z Gdańska do Krakowa.

W ostatnich dniach Guzikiewicz straszy strajkiem, jeśli rząd nie pomoże stoczni, która wciąż ma wielkie problemy.

Na “listach płac”, które poznała “Gazeta” (mamy niepełne dane), nazwisko Guzikiewicz pojawia się kilkanaście razy. Wiceprzewodniczący pobierał zapomogi w wysokości od 50 do 700 zł. – To nieprawda. Czy pan chce zaatakować nasz związek? – irytuje się Guzikiewicz. Godzinę później przypomina sobie, że brał “raz czy dwa” po “100, 150 zł na leki dla dzieci i na serce”. Dopytywany mówi: – Nie pamiętam, nie sprawdzałem wszystkich lat, ale przecież korzystałem z pomocy jako jeden z kilku tysięcy – podkreśla.

Z pieniędzy Solidarnych zakładowa “S” organizowała też kursy języka angielskiego dla stoczniowców. Prowadziła je żona Guzikiewicza – Magdalena – za 1440 do 1920 zł miesięcznie. Tysiąc złotych zapomogi dostał nawet prałat Henryk Jankowski.

Pierwsze pieniądze dla związku przyjmował Jerzy Borowczak, do roku 2000 szef zakładowej “S”, obecnie poseł PO. – Dostaliśmy od Mariana na zapomogi, Karol nadzorował wszystkie wypłaty. Później nie miałem z tym nic wspólnego. Mówiłem załodze: “Zobaczcie – płacicie składki, ale one do was wracają zwielokrotnione, więc nie narzekajcie”. Jak ludzie zauważą, że nie mają korzyści, a muszą płacić, to odejdą. I odwrotnie, jak mogą zyskać, to przychodzą do związku – mówi Borowczak.

Marian Krzaklewski twierdzi, że pieniądze z cegiełek zostały rozdysponowane zgodnie z wolą darczyńców. Odsyła do statutu stowarzyszenia, który precyzuje, że można je wydać np. na “ratowanie stoczni” lub “pomoc pracownikom”. Zaprzecza, że przy okazji pomocy stoczniowcom finansował także zakładową “S”. – Procedura przekazywania pieniędzy była badana przez kontrolę skarbową w roku 2000 i nie wykazano żadnych nieprawidłowości. “S” była tylko pośrednikiem, który pomagał, aby pieniądze trafiały do pracowników. Etaty związkowe nie były opłacane z naszych pieniędzy. Nasz skarbnik i księgowa sprawdzali wszystkie wydatki – mówi Marian Krzaklewski.

Guzikiewicz: – W większości pomagamy członkom związku, ale pieniądze dostawali też inni i nie ukrywam, że dawałem je po to, aby przybliżyć ich do “Solidarności”.

Solidarni mają jeszcze 3 mln zł, a stoczniowa “S” nie ma już nic z cegiełek. Pożyczek udziela z funduszu strajkowego. – Mogę panu podziękować za informację, że Marianowi zostały jeszcze 3 mln. Na pewno zwrócimy się o te pieniądze – zapowiada Guzikiewicz.

Radio Maryja i Krzaklewski – jak zbierali na stocznię

Na początku 1997 r. rozpoczęły się niezależnie dwie zbiórki na ratowanie bankrutującej Stoczni Gdańskiej. Najgłośniejszą prowadził o. Tadeusz Rydzyk i kierowane przez niego Radio Maryja. Rydzyk nie miał zezwolenia na zbiórkę publiczną i nigdy się z niej nie rozliczył. Ani złotówka nie trafiła też do stoczni. Rydzyk zbierał pieniądze i świadectwa udziałowe narodowych funduszy inwestycyjnych głównie od słuchaczy Radia Maryja i w parafiach. Według różnych źródeł zebrał od kilkudziesięciu milionów złotych do ponad 100 mln dol. oraz od 600 tys. do 1 mln świadectw narodowych funduszy inwestycyjnych.

W 2006 r. ujawniliśmy losy części zebranych od słuchaczy świadectw NFI. Dziennikarze „Gazety” Marcin Kowalski i Piotr Głuchowski pisali: „Ks. Rydzyk przekazał je współbratu – o. Janowi Królowi. Ks. Król zaangażował pełnomocnika, który miał korzystnie zamienić kwity na pieniądze. Były prezes firmy konsultingowej i wykładowca w Nigerii inż. Aleksander R. całymi torbami dostarczał papiery NFI – często opisane » dar dla Radia Maryja «- do małego warszawskiego biura maklerskiego Eastbrokers. Maklerzy zamieniali je na akcje, którymi o. Król i jego pełnomocnik dalej obracali – bez wielkiego powodzenia. Ich najbardziej spektakularną wpadką była inwestycja w szczecińską spółkę ESPEBEPE. Ks. Król i Aleksander R. kupili w sumie 34 proc. firmy. Stracili wszystko. Po ogłoszeniu upadłości spółka została wycofana z giełdy”.

Drugą zbiórkę zorganizował ówczesny przewodniczący “Solidarności” Marian Krzaklewski. Pieniądze zbierało kierowane przez niego stowarzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską, które swoją siedzibę miało w gdańskiej centrali “S”. Krzaklewski sprzedawał “cegiełki” i przyjmował darowizny. Korzystał przy tym z pomocy struktur “Solidarności”. Miał zgodę na zbiórkę publiczną i po jej zakończeniu poinformował resort spraw wewnętrznych. Stąd wiadomo, że zebrał 5,3 mln zł. Z tej puli pół miliona poszło na zapomogi dla zwolnionych stoczniowców, a ok. 3,5 mln zł zostało wykorzystane jako gwarancja bankowa, by stocznia mogła kontynuować produkcję. Kasa z gwarancji wróciła do stowarzyszenia i przez 16 lat – aż do dziś – nie było wiadomo dokładnie, co się z tymi środkami działo.

Zarówno Rydzyk, jak i Krzaklewski za zebrane środki zamierzali w latach 1997-98 kupić stocznię lub choćby część udziałów. Gdy to się nie udało, Rydzyk przestał interesować się zakładem, natomiast Krzaklewski zaczął wspierać zakładową “Solidarność”.

Co się stało ze stocznią

Kolebka “Solidarności” nosi dziś nazwę Stocznia Gdańsk. Większościowym udziałowcem spółki (75 proc.) jest ukraiński oligarcha Siergiej Taruta. Pozostałe akcje należą do państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP). Ukraińcy z kierowanej przez Tarutę grupy ISD kupili stocznię na mocy jednej z ostatnich decyzji rządu PiS z roku 2007. Zobowiązali się do wielomilionowych inwestycji, restrukturyzacji zakładu i dywersyfikacji produkcji, aby oprócz statków zarabiać też na wieżach wiatrowych i innych konstrukcjach stalowych.

Spółka od kilku miesięcy znajduje się na skraju upadłości. Pracownicy nie dostają pensji w terminie, wierzyciele zajmują hipoteki gruntów, a zakontraktowane statki mają przynieść ok. 20 mln zł strat. Łącznie przez kilka lat obecności Ukraińców w stoczni spółka przyniosła ponad 300 mln zł strat. Co gorsze, udziałowcy nie mogą się porozumieć, jak ją ratować.

ARP była gotowa dokapitalizować spółkę proporcjonalnie do posiadanych udziałów. Taruta się na to zgadzał i wyglądało na to, że gdy podatnicy wyłożą 21 mln zł, to oligarcha dołoży trzykrotnie więcej, czyli 63 mln zł. Jednak podczas walnego zgromadzenia akcjonariuszy przedstawiciel Taruty zażądał, aby ARP znalazła kupca stoczniowego majątku na kwotę co najmniej 100 mln zł. Pomysł został odrzucony, tym bardziej że kierowana przez ISD Stocznia Gdańsk zwleka z przedstawieniem sprawozdania finansowego.

W ubiegłym tygodniu Siergiej Taruta długo rozmawiał z ministrem skarbu Włodzimierzem Karpińskim. Nieoficjalnie wiadomo, że już zabiega o gwarancje kredytowe dla stoczni. Udzielenie ich będzie trudne, bo spółka od kilku lat ma zerową wiarygodność dla banków, a pomoc przyznana na zasadach nierynkowych może zostać uznana przez Komisję Europejską za niedozwoloną.

W sporze udziałowców zakładowa “S” stoi po stronie Taruty. Działacze nie żądają dofinansowania od większościowego udziałowca, lecz od państwowej agencji. Prezesa ARP i premiera rządu nazywają “grabarzami stoczni”. Grożą strajkiem, a Karol Guzikiewicz już ogłosił, że nie stocznia “nie będzie umierać w ciszy”.
W Stoczni Gdańsk pracuje 1,9 tys. osób, zakładowa “S” liczy ponad 1,5 tys. członków. /GW/


  

Nawigacja

Strona 1 2

Następna strona >>

  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags