rozmaitosci2.jpg

Przeglad wybranych i aktualnych informacji dla Polonii

POLITYKA

Agenci nie sterowali III RP

Korupcję trzeba zwalczać za pomocą sprawnej prokuratury i policji. Lustracja tu nie pomoże.

Jaki jest bilans lustracji 20 lat po słynnej nocy teczek 4 czerwca 1992 r., kiedy to ówczesny szef MSW Antoni Macierewicz przywiózł do Sejmu listę domniemanych agentów? Wbrew przekonaniu prawicy lustracja nie miała większego znaczenia, jeśli chodzi o budowanie silnego i demokratycznego państwa prawa.

Krytycy akcji Macierewicza po prawej stronie sceny politycznej – tacy jak Piotr Zaremba – widzą, ile zła ta akcja ze sobą przyniosła, ale uważają, że mimo wszystko należało ją poprzeć. Bo inaczej lustracja zostałaby zablokowana na wiele lat. Podobną tezę głosił siedem lat temu Jarosław Kaczyński. Prezes PiS owszem krytykował ekipę premiera Jana Olszewskiego za partactwo, ale też uznał, że trzeba było jednak listę Macierewicza ujawnić.
Jaki jest bilans lustracji 20 lat po słynnej nocy teczek 4 czerwca 1992 r., kiedy to ówczesny szef MSW Antoni Macierewicz przywiózł do Sejmu listę domniemanych agentów? Wbrew przekonaniu prawicy lustracja nie miała większego znaczenia, jeśli chodzi o budowanie silnego i demokratycznego państwa prawa.

Krytycy akcji Macierewicza po prawej stronie sceny politycznej – tacy jak Piotr Zaremba – widzą, ile zła ta akcja ze sobą przyniosła, ale uważają, że mimo wszystko należało ją poprzeć. Bo inaczej lustracja zostałaby zablokowana na wiele lat. Podobną tezę głosił siedem lat temu Jarosław Kaczyński. Prezes PiS owszem krytykował ekipę premiera Jana Olszewskiego za partactwo, ale też uznał, że trzeba było jednak listę Macierewicza ujawnić.

Na jakiej podstawie prawicowi publicyści i politycy twierdzą, że lustracja byłaby zablokowana? A może było na odwrót i akcja Macierewicza opóźniła prace nad ustawą lustracyjną? Sejm uchwalił ją dopiero w 1997 r. A półtora roku później przyjął ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej. Musiało więc upłynąć sporo czasu od nocy teczek.

Ale niezależnie od tego, czy Macierewicz skompromitował lustrację, czy nie, to jestem pewna, że wcześniej czy później nie dałoby się jej uniknąć. Propozycja Adama Michnika, by spalić archiwa bądź je zabetonować – acz uzasadniona – była jednak tylko utopią. Ludzie chcieli wiedzieć, co jest w teczkach SB, i politycy spełnili ich życzenia. Nie oszukujmy się – już przed Macierewiczem krążyły plotki, kto był, a kto nie był agentem SB. I zataczały coraz szersze kręgi. Dzika lustracja trwała więc do samego początki III RP.

Uważałam, że lustrację należało ograniczyć do najwyższych urzędników w państwie, parlamentarzystów czy samorządowców wybieranych w wyborach powszechnych, tak by uniknąć sytuacji, w której ktokolwiek z nich byłby szantażowany esbecką przeszłością. Nawet tak ograniczona formuła przyniosłaby wiele niesprawiedliwych oskarżeń, ale przynajmniej jedno gwarantowała: każdy – wybierając karierę polityczną – sam by decydował, czy chce stawić czoło ewentualnym oskarżeniom i konfrontacji z esbeckimi papierami.Takie były założenia pierwszej ustawy lustracyjnej z 1997 r.

Ale i ta koncepcja była utopią. Z tego samego powodu. Ludzie chcieli wiedzieć. Lustracja rozlała się po kraju w sposób niekontrolowany. Dowiedzieliśmy się przede wszystkim, kto był słaby, kto nie wytrzymał presji, kto był szantażowany przez służby. W kilku przypadkach poznaliśmy agentów rzeczywiście szkodliwych i godnych potępienia, których nazwiska były rozpoznawalne dla opinii publicznej. Brali pieniądze za donoszenie albo SB pomagała im w karierze. Ale większość tajnych współpracowników SB to raczej anonimowe postacie albo rozpoznawalne w tylko w swoim środowisku czy regionie. Ich wpływ na życie publiczne w Polsce był znikomy.

Niektórzy twierdzili, że prawda lustracyjna niesie ze sobą jakieś dobro i oczyszczenie. Dla mnie bilans jest zdecydowanie negatywny. Nie warto było krzywdzić tylu ludzi, wywlekać ich słabości i spraw intymnych na światło dzienne. Bo byli oni nie tyle oprawcami, ile ofiarami. Zajmowaliśmy się nimi, bo byli rozpoznawalni. Prawdziwi szubrawcy, tacy jak część oficerów SB, jakoś nas nie interesowali, bo to osoby nieznane. Ale jak celebryta czy popularny ksiądz upadł, to już było interesujące.

Ważne było to, że istniał w Polsce silny front antylustracyjny. On łagodził skutki tej barbarzyńskiej operacji.

Z dzisiejszej perspektywy uważam, że podejrzenia Piotra Zaremby i innych publicystów prawicowych, jakoby polską rzeczywistością sterowali agenci i funkcjonariusze SB, i że lustracja to zablokowała także dzięki skalpelowi Macierewicza, były mocno, mocno przesadzone.

To, że różne lobby w służbach specjalnych III RP usiłowały wpływać na bieg wydarzeń w Polsce, to prawda. Ale to nie korzenie esbeckie miały tu największe znaczenie. Lekarstwem na tę chorobę byłaby porządna cywilna kontrola nad służbami, a patologie dotyczyły zarówno osób, które były związane z poprzednim systemem, jak i tych, które nie miały z nim nic wspólnego.

W krajach o długiej tradycji demokratycznej służby starają się budować swego rodzaju państwo w państwie, szermując argumentami o potrzebie tajności. I chcą wpływać nieformalnie na bieg wydarzeń, wspierają rozmaite lobby biznesowe, manipulują informacjami na temat rozmaitych polityków. To problemy wykraczające daleko poza lustrację, dotyczące wielu krajów zachodnich i także Polski.

Owszem te powiązania między dawnymi oficerami SB a agentami istniały i odgrywały jakąś rolę, ale nie fundamentalną. Tak, w Polsce było zbyt wiele korupcji, zbyt wiele nieformalnych powiązań między polityką i biznesem, bo polska demokracja była słaba. Słabe były struktury państwa. Ale kradli i ci, którzy ze służbami nie mieli nic wspólnego, a nawet jak mieli, to co z tego?

Korupcję trzeba było po prostu zwalczać za pomocą sprawnej prokuratury i policji a politycy wybrani w demokratycznych wyborach powinni zadbać o jakość tych służb. Lustracja w tej mierze miała niewielkie znaczenie i nie zapobiegła korupcji. Czy sprawa Rywina miała jakiś związek z SB i lustracją? Oczywiście nie.

Czasami odnosiłam wrażenie, że i sami politycy prawicowi byli rozczarowani archiwami SB, bo np. wśród członków KOR nie ma agentów. Ale wtedy budowali inne teorie. Papiery na działaczy opozycji demokratycznej, a także postkomunistów, którzy rządzą III RP, są, ale w Moskwie, i stamtąd agenci KGB sterują poczynaniami niektórych polskich polityków. Tylko że najnowsza historia Polski zadaje kłam tym teoriom. Bo gdyby rzeczywiście KGB rządziło polską polityką, to czy dałoby się w naszym kraju wypracować ponadpartyjny konsensus w sprawie priorytetów polskiej polityki zagranicznej?

Wszyscy czołowi polscy politycy realizowali konsekwentnie jedną linię: wejście do Unii Europejskiej i NATO. Te cele zostały osiągnięte wbrew Rosji.

Wszyscy wspierali pomarańczowych na Ukrainie – też wbrew Rosji. To jak w ogóle można było mówić o wpływach rosyjskich służb na polskich decydentów? No, chyba tylko na ojca Rydzyka, który konsekwentnie przeciwstawiał się wejściu Polski do UE. I to postawa Rydzyka budziła niegdyś wątpliwości Jarosława Kaczyńskiego, z czyjej pomocy korzysta tak naprawdę Radio Maryja.

Lustracja nie miała kluczowego znaczenia dla polskiej demokracji. Bo może jacyś funkcjonariusze służb PRL chcieli wpływać na życie publiczne w jakichś tajemniczych, szkodliwych dla Polski celach. Ale ponieśli porażkę. Są politycy i publicyści, którzy nie chcą tego przyjąć do wiadomości, bo to oznaczałoby, że ich misterne konstrukcje są funta kłaków warte.
Źródło: Gazeta Wyborcza


  

Nawigacja

Strona 1 2

Następna strona >>

  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags