rozmaitosci2.jpg

Przeglad wybranych i aktualnych informacji dla Polonii

POLITYKA

Grabowski: Być dobrym Polakiem to nie być aż Polakiem

To znaczy wierzę, że ci, którzy przychodzą na Krakowskie Przedmieście, krzyczą, płaczą i rzucają się na ziemię, robią to szczerze. Ale są tacy, którzy tych ludzi wykorzystują do swoich interesów, wmawiają im spiskowe teorie – i żyją z tego jak robaki z jabłka – mówi aktor Andrzej Grabowski
Donata Subbotko: Pan się bronił z Gombrowicza.

Andrzej Grabowski: Do dzisiaj chodzą za mną jego słowa o Polsce i Polakach: “Ten naród bez filozofii, bez świadomej historii, intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród, który zdobył się tylko na sztukę >poczciwą< i >zacną<, rozlazły naród lirycznych wierszopisów, folkloru, pianistów, aktorów, w którym nawet Żydzi się rozpuszczali i tracili jad". Gorzki cytat. Uważam, że prawdziwy, mimo że nie jestem człowiekiem, który by pluł na Polskę. On przekornie, z miłości do Polski tak mówił, podobnie jak to, że nie jest "aż Polakiem", ale "tylko Polakiem". A pan jest aż czy tylko? - Gdybym był aż Polakiem, to dzisiaj - a rozmawiamy w szczególnym dniu, 10 kwietnia - byłbym na Krakowskim Przedmieściu, a nie tu, na Ursynowie. Ale ja chcę być tylko Polakiem, z dumą, ale i z bagażem tych idiotycznych czynów, których dokonali nasi rodacy. Tych powstań, które nie miały sensu. Powstanie listopadowe - paru podchorążych spotkało się w Łazienkach i wymyśliło, że cara obalą, no Boże drogi! Powstanie Warszawskie - gloria victis! Tylko dlaczego zginęło 200 tys. ludzi, dlaczego Warszawa musiała zostać zburzona? Dlatego, że paru wysokiej rangi oficerów - aż Polaków - wysyłało na śmierć niepełnoletnich chłopców i dziewczyny. Wielu z nich traktowało to jak zabawę. Sam rozmawiałem z jedną łączniczką, opowiadała: "Andrzej, wiesz, jak myśmy się fajnie bawili w powstaniu, kochaliśmy się na potęgę, bo przecież za chwilę mogliśmy zginąć". W Powstaniu Warszawskim te walczące dzieci nikomu nie przeszkadzały. Dorośli widzieli przecież, że ginęły. Więc dlaczego? Bo postawa romantyczna wymaga poświęcenia? - Ale czy musimy być narodem, który swoją potęgę buduje na klęskach? Dlaczego to tragedie są kamieniami milowymi naszej historii, a nie zwycięstwa? Takim zwycięstwem było wejście do Unii Europejskiej, co niektórzy do dziś potępiają w czambuł, a świętują coś, co jest naszym wstydem narodowym, czyli katastrofę smoleńską. A przecież to, że się w ogóle zdarzyła, okrywa nas, Polaków, hańbą. Bez względu na to, co do niej doprowadziło. Boję się, że marsze w ten tragiczny dzień 10 kwietnia będą już zawsze, a demonstrujący będą dopasowywać żałobę do swoich interesów. Jeden z posłów PiS powiedział, że kawałki wraku samolotu zbryzgane krwią ich przyjaciół to relikwia. To zaczyna być koniunkturalne. To znaczy wierzę, że ci, którzy przychodzą na Krakowskie Przedmieście, krzyczą, płaczą i rzucają się na ziemię, robią to szczerze. Ale są tacy, którzy tych ludzi wykorzystują do swoich interesów, wmawiają im spiskowe teorie - i żyją z tego jak robaki z jabłka. Uważam, że być dobrym Polakiem to nie być aż Polakiem. Nie myśleć samemu o sobie: jestem patriotą, a odmawiać tego innym. Jeżeli ktoś tak myśli, to znaczy, że nie potrafi zrozumieć drugiego, a Polska to 40 mln ludzi. Ten, kto mówi: "Ja jeden mam rację", raczej tej racji nie ma. Dobrze być Polakiem, tak samo jak dobrze być Francuzem czy Anglikiem. Mam być dumny, że jestem Polakiem, bo mieliśmy Kopernika i papieża? Ceniłem Jana Pawła II, a jeszcze bardziej Karola Wojtyłę, ale inni też mieli wielkich ludzi. A ilu było papieży? Włosi to dopiero powinni być dumni, mieli ich najwięcej. Patriotyzm jest rozumiany jako miłość do ojczyzny, ale dlaczego mam kochać ojczyznę bardziej niż żonę albo dziecko? Przypomniało mi się, jak Słonimski interpretował "Rotę" Konopnickiej - że to najmniej patriotyczny utwór, bo skoro "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz", to znaczy, że każdy może, tylko nie Niemiec, i wszędzie może, byle nie w twarz. O co warto się bić? - Pić czy bić? Bo Mirosław Obłoński z Piwnicy pod Baranami śpiewał piosenkę Hemara, że kochać nie warto, lubić nie warto, jedno, co warto, to upić się warto. Coś w tym jest. A bić się o co warto? O prawdę? No znowu to relatywne, bo oni tam na Krakowskim Przedmieściu też biją się o prawdę. Każdy ma swoją. *Andrzej Grabowski (1952) - aktor krakowskiego Teatru im. J. Słowackiego i Teatru 6. Piętro w Warszawie. Występował też w Starym Teatrze w Krakowie i Teatrze im. L. Solskiego w Tarnowie. Zagrał m.in. w spektaklach: "Brat naszego Boga" K. Wojtyły (reż. Krystyna Skuszanka), "Irydion" Z. Krasińskiego (reż. Mikołaj Grabowski), "Wesele" S. Wyspiańskiego (reż. Andrzej Wajda; nagroda na XVIII Opolskich Konfrontacjach Teatralnych), "Chory z urojenia Moliera" (reż. Giovanni Pampiglione), a także w inscenizacjach utworów Bogusława Schaeffera: "Kwartet dla czterech aktorów", "Scenariusz dla trzech aktorów" (reż. Mikołaj Grabowski; nagroda na XXII PTMF Kontrapunkt w Szczecinie i na XXVI FPSW we Wrocławiu) i "Audiencja V", którą sam wyreżyserował. W dorobku ma liczne role filmowe i telewizyjne, m.in. w "Bożej podszewce", "Świecie według Kiepskich", "Pitbullu", "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", "Lekcjach pana Kuki", "Małej Moskwie". Prowadził program "Hurtownia książek" w TVP. Odznaczony srebrnym orderem Gloria Artis. W 2010 r. nagrał solową płytę "Mam prawo Czasami Banalnie ", na której znalazły się piosenki napisane m.in. przez Andrzeja Poniedzielskiego, Jana Nowickiego i Jana Wołka, a także przebój "Jestem jak motyl" Jana Himilsbacha To jest fragment rozmowy, która ukazuje się w Magazynie Świątecznym 28-29 kwietnia

KULTURA

Maciej Stuhr: Kabaret powinien bawić i mieć ambicje!

Kabaret musi rozśmieszać, ale on nie może wyłącznie rozśmieszać. Dobrze by było, gdyby on miał jakieś ambicje. A najlepiej jest, kiedy te ambicje i rozśmieszanie idą w parze – mówi Maciej Stuhr.

Wraz z Marią Czubaszek, Dariuszem Kamysem, Jackiem Popielem, Ireneuszem Krosnym oraz Tomaszem Jachimkiem oceniał konkursową część 28. edycji Przeglądu Kabaretów “Paka”.

Gabriela Cagiel: Chociaż od wielu lat uczestniczy pan w “Pace”, to po raz pierwszy jako juror…

Maciej Stuhr: Moja podróż przez “Pakę” jest jeszcze bardziej symboliczna i sentymentalna. Najpierw przez szereg lat, od 1988 roku, byłem widzem “Paki”. Więc to w sumie ponad 20 lat – to jest szmat czasu. Wtedy mój tato był jurorem, a potem ja się zabrałem za robienie kabaretu. Później miałem parę lat przerwy, a teraz sam wracam jako juror i aż się czuję taki trochę onieśmielony tą funkcją na imprezie, którą tak dobrze znam.

Jak ocenia pan tegoroczną edycję? Jako wieloletni widz ale też aktor i kabareciarz.

– Mam wrażenie, że byłem wciąż tym samym widzem, który tutaj siedział w 88′ roku. To znaczy jak było coś śmiesznego, to się śmiałem najgłośniej na całej sali, jak mi się coś podobało, to bardzo gorąco biłem brawa i nie patrzyłem z jakąś mentorską miną jurora na to, co oglądam, tylko chciałem dać się ponieść emocjom widowni. A potem trzeba się było trochę powymądrzać, czego naprawdę nie lubię i powiedzieć, co ja o tym myślę, już w kontekście moich doświadczeń scenicznych, zawodowych. Gdy rozmawialiśmy z kabaretami [jury spotyka się z każdym z nich po konkursowych występach – dop. red.], to dość dużo mówiłem o aktorstwie, o wykonawstwie – co można w nim usprawnić, czego już się wystrzegać. To były oczywiście tylko moje opinie – co oni z tym zrobią, to już inna sprawa.

A wracając do oceny…

– Parę rzeczy zaskoczyło mnie na plus. Ale jeśli chodzi o część konkursową, to poziom mógłby być wyższy. Aczkolwiek nie był zły. Ale zwłaszcza jeśli chodzi o skuteczność rozśmieszania widowni w przypadku niektórych grup chciałoby się, żeby było parę dowcipów więcej. Oczywiście z drugiej strony bardzo mocno to doceniam, że “Paka” jest taką ostoją, takim miejscem, gdzie kabaret się jeszcze o coś stara. Nie tylko o rozśmieszanie widowni. I teraz zaprzeczam swoim słowom, ale oczywiście, że kabaret musi rozśmieszać, ale on nie może wyłącznie rozśmieszać. Dobrze by było, gdyby on miał jakieś ambicje. A najlepiej jest kiedy te ambicje i rozśmieszanie idą w parze. Dlatego mówię, że gdyby program Marcina Sitka o Królu Dopalaczy był jeszcze śmieszniejszy, to byłby to program wybitny. Myślę, że publiczność czekała w paru momentach, żeby się jeszcze mocniej roześmiać.

Na przeglądzie można było odnieść wrażenie, że jeżeli program był świetnie dopracowany, to miejscami brakowało humoru i na odwrót…

– I dlatego wygrał Ścibor Szpak, ktory miał bardzo dopracowany program, a jednocześnie był super śmieszny. Kabaret Nic Nie Szkodzi może nie był super perfekcyjny, mogliby jeszcze parę rzeczy dopracować na pewno, ale w tej trudnej formie, której się podjęli, było zaskakująco dużo puent. Był śmiech na tym programie, który można było zmierzyć decybelami i to nie jest moja subiektywna opinia.

Pana faworytem był zwycięzca tegorocznej “Paki” – Ścibor Szpak?

– Grand Prix dla pana Ścibora podczas piątkowych obrad jury zostało ustalone w pierwszej minucie i cała następna dwugodzinna dyskusja była poświęcona innym kabaretom. Tyle mogę zdradzić.

Czy ma pan jakieś wskazówki dla młodych kabaretów?

– Wie pani, nie ma tutaj wskazówek, bo nie ma recept. Trzeba dostać jakąś iskrę od Pana Boga i mieć pomysł. Pomysł, pomysły i jeszcze raz pomysły. I wtedy jak jest jakiś pomysł, to nawet na to wykonawstwo się mniej zwraca uwagę.

Co będzie pan wspominał wracając za kilka miesięcy myślami do tego przeglądu?

– Myślę, co oczywiście jeszcze czas zweryfikuje, że na pewno Szpak to jest taka propozycja profesjonalna. W tym sensie, że ja wiem, że jest taki gość, że on sobie poradzi w wielu warunkach. Może nie w każdych, bo jego propozycja jest jednak dość wyrafinowana. Przykładowo skojarzenie do zderzacza hadronów nie przy każdej publiczności się sprawdzi – nie każda publiczność będzie wiedziała, co to jest zderzacz hadronów. Ale jestem o niego spokojny. No i poziom szlaeństwa, rozpadu, rozkładu formy, którą zaprezentował Michał Kempa i Diapazony, jest czymś tak przerażającym, dziwnym, uroczym, śmiesznym, ciekawym, że to mi prędko z głowy nie wywietrzeje./GW/

Opracował Wiesław Mróz

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags