Za kilka dni będziemy obchodzili setną rocznicę najbardziej spektakularnej i jednej z największych katastrof morskich w historii żeglugi pasażerskiej, a mianowicie zatonięcie RMS (Royal Mail Ship)  „Titanic’. Zderzenie z niewielką górą lodową miało miejsce na Oceanie Atlantyckim w odległości ok. 800 mil morskich od Przylądka Cap Race. Dokładnie w nocy z dnia 14 na 15 kwietnia 1912 roku.

W katastrofie zginęło łącznie 1.517 osób. Choć może się to wydawać niewiarygodne – do dzisiaj nie wiemy ile osób się uratowało i jaki jest precyzyjny bilans strat w ludziach. Różne źródła podają różne informacje. Chodzi głównie o przemustrowanie wielu osób załogi w dniu wyjścia „Titanica” z Liverpoolu, tj. dnia 10 kwietnia 1912 roku. Wielu marynarzy, których życie było wtedy mało ustabilizowane, zupełnie jak ludzie wędrowni – zmienili swoje dane osobowe, jakoby wolą rozpoczęcia nowego życia. Szczególnie angielscy marynarze słynęli z wiary w przesądy morskie, cuda, duchy zatopionych awariami i wojnami statków. Z drugiej strony należy się spodziewać, że po wyratowaniu rozbitków, kilkunastu z nich zmieniło historię i osobowość, by rozpocząć nową, być może, szczęśliwszą egzystencję w wyśnionej Ameryce bez obciążeń „biednego emigranta”. Tu odsyłam Drogich Czytelników do materiałów źródłowych w sprawach dotyczących ‘strajku węglowego 1912’, w wyniku którego pasażerów odwołanych rejsów Whita Star i Cunarda embarkowano na ‘Titanica’ – bezpłatnie (sic!!!). Prezes Ismay, prezes White Star, twierdził, że łatwiej jest zabrać za darmo na ‘Titanicu’ 100 biedaków niż puste powietrze w wieloosobowych salach sypialnych… i powiem szczerze – w surowych warunkach dla pasażerów-emigrantów klasy trzeciej. Tu dodam, że gorące wyżywienie, natryski i angielskie piwo stały do dyspozycji biedakom przez całą podróż….. Miał rację i gest, aczkolwiek zdawał sobie sprawę, iż środki ratownicze na statkach pasażerskich dla ludzi ubogich  (emigrantów) zaczęto wprowadzać dopiero po katastrofie „Titanica”.

Tu dodam jako ciekawostkę, że biorący udział w dziewiczej i zarazem ostatniej podróży „Titanica’ prezes Ismay uratował się … a gdy opuścił ten padół ziemski śmiercią naturalną dopiero w roku 1938 – nikt nie wspomniał o jego lekkomyślności przy planowaniu środków ratunkowych dla pasażerów klasy trzeciej – odpowiedniej ilości tratw i łodzi ratunkowych. Zresztą ‘biedacy’ byli ściśle odseparowani tabliczkami ostrzegawczymi i ogrodzeniami od pasażerów klasy drugiej (ówczesna klasa średnia) i bogaczy zajmujących apartamenty klasy pierwszej na pokładzie łodziowym.

Inną sprawą, niezwykle ważną, było bezpieczeństwo wszystkich pasażerów i członków załogi.  Spoczywało ono w rękach kapitana Johna Edwarda Smitha. I tu nachodzi mnie smutna refleksja. Kapitan, jak każdy inny odpowiedzialny dowódca, zdawał sobie świetnie sprawę z niewystarczającej ilości środków ratowniczych, niemniej jego kariera trwałaby bardzo krótko, gdyby walczył o dodatkowe środki finansowe oraz zabezpieczenia i tak już najdroższego, najwspanialszego, przecież niezatapialnego ‘Titanica’. Patrząc dziś na zdjęcie kapitana Smitha – prawie co do dnia sto lat po katastrofie – zauważam ten niedostrzegalny prawie uśmiech na jego dostojnej twarzy; gdyby skonfrontować go z dzisiejszymi, ostatnio zadziwiająco częstymi awariami, pożarami i katastrofami całej masy supernowoczesnych i podobno superbezpiecznych statków pasażerskich na wszystkich oceanach świata, zdziwiłby się ogromnie.  A w szczególności z kapitana włoskiego wycieczkowca ms. „Costa Concordia” p. Francesco Schettino, którego gęba debila i ‘playboya’ poraża nas swym wstrętem na wszystkich morskich stronach internetowych świata. Statki palą się, rozbijają o nabrzeża, a inżynierowie morscy zapewniają nas – co prawda mniej buńczucznie niż w czasach „Titanica”, że dzisiejsze cuda techniki morskiej są bezpieczne! I tu popełniają błąd!!!  Niewybaczalny!

Statek (tu zajmujmy się statkami pasażerskim) jest w zasadzie prawie całkowicie bezpieczny. Jednakże, gdy na skutek splotu nieprzewidzianych zdarzeń dochodzi do awarii, gdzie zagrożone jest ludzkie życie, kapitan statku może się co najwyżej przypatrywać … i (grzecznie) prosić o ratownictwo. Przy okazji: ratownictwo morskie jest piekielnie drogie: dlatego też panowie armatorzy chętnie odwodzą kapitanów od holowania awaryjnego czy gaszenia na środku akwenu oceanicznego: bo za drogo. Armatora na to nie stać! Opuszczanie statku w łodziach i tratwach ratunkowych, wynikające z tego perturbacje natury medycznej, prawnej i finansowej powodują wieloletnie gigantyczne procesy w sądach morskich, karnych i cywilnych a dla awaryjnych kapitanów i oficerów kończą się kariery…

Wracając do smutnej rocznicy „Titanica”: kolizje z górami lodowymi zdarzają się i dziś! Oczywiście, sytuację można sobie najlepiej wyobrazić jeżeli służyło się na statku, szczególnie na linii północno-atlantyckiej.  W moim życiu morskim w miesiącach od marca do września widziałem ich setki, kiedy to nasz statek  tss. „Stefan Batory” przemykał się pomiędzy nimi. Czasami aż ciarki brały a w stopy robiło się zimno. Zresztą z bliska omijana góra lodowa wionie potwornym chłodem…..  No cóż,  takie widoki to statku ‘normalka’…

Kapitan John Edward Smith został pośmiertnie uznany za głównego winowajcę katastrofy najwspanialszego statku tamtych czasów….. równo sto lat temu. Jeżeli Wysoka Izba Morska jednak feruje wyroki – to wina kapitana z zasady nie jest wyższa niż 50%..

Mija sto lat od tragedii na Atlantyku, w wyniku której „Titanic” poszedł na dno. Stan techniczny i fenomenalne wręcz wyposażenie elektroniczne i łączności satelitarnej jednostek pływających są o niebo lepsze – lecz ten sam faktor – ludzkiego współudziału i winy w zaistniałym zdarzeniu – nie uległ żadnej zmianie!

Morze było i jest równie groźne  sto lat temu i dzisiaj.

Nadchodzi lato, a wraz z nim pora urlopów i podróży wycieczkowych. Zalecam statek jako środek bardzo bezpieczny.  Może, Drodzy Czytelnicy, zechcecie skorzystać z uroków morza na pokładzie statku pasażerskiego. Doradzam serdecznie….

Oto proponuję Państwu trzy anegdoty morskie, które cały czas świdrują mi głowę gdy piszę ten tekst:

–  Bosman mówi:  Boże, chroń nas przed młodym kapitanem i starym statkiem.—

–  Po wachcie i służbie – alkohol –  też nie trucizna: – Boże, chroń nas przed kapitanem abstynentem. (Na szczęście w historii było zaledwie kilku).

–  Bosman mówi: zbliżamy się do Gdyni – ‘dayman’ grzeje moje kapcie w domu – będą jeszcze ciepłe. (aluzja do tzw. ‘daymanów’, marynarzy przebywających na lądzie, a niekiedy ‘obsługujących’ w jednoznaczny sposób żony i panie serca marynarzy na pokładach).

Często pytają mnie Czytelnicy, co jest bezpieczniejsze w podróży: samolot czy statek?

Odpowiedź, aby była uczciwa, musi być jednoznaczna i wyjaśniająca sedno sprawy….

Nikt z nas nie zna kulisów działalności armatora tzw. masowców-wycieczkowców lub linii lotniczej (szczególnie tej taniej). Czasami może się okazać, że tzw. faktor ludzki wystawi Was na niebezpieczeństwo. Ale jest ono porównywalne z możliwością utraty życia w drewnianym kościele, gdy spadnie komuś cegła na głowę.  Kto ma pecha, ten ma pecha.

Z całym przekonaniem życzę miłych wakacji, a katastrofa „Titanica”, jej 100 rocznica przypadająca za kilka dni – niech dla wszystkich pozostanie MEMENTO  MORI – nawet dla marynarzy i nawigatorów XXI wieku.

 

Z poważaniem,

 

Andrew BENIGER

Wiedeń, Austria

pisarz i dziennikarz polonijny

pisane dnia 01 kwietnia 2012 // 11:57LT

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags