0443.jpg
Z głośnika cicho sączy się muzyka, na fortepianie Janusz Kohut, mieszkaniec Bielska-Białej nutami opowiada swoje historie o “Wysokich Górach”. Cudowne aranżacje, wspaniała muzyczna wyobraźnia delikatnie synchronizuje z moim umysłem. Wprowadza go w górskie wibracje by dalej niebieskimi szlakami dźwięków zaprowadzić do miasta, które rozłożyło się u podnóża góry Szyndzielni. W dłoni trzymam zaproszenie na 2.Festiwal Miast Partnerskich “Poznajmy się”, który miał miejsce w Bielsku-Białej w dniach 10-11 czerwca 2006r.

Uczestnictwo w tym festiwalu stanowiło dalszą część projektu noszącego tytuł “Mały Wiedeń pozdrawia duży Wiedeń”, autorstwa Towarzystwa Kulturalno-Informacyjnego Ipolen z Wiednia, które ma na celu współpracę pomiędzy oboma miastami.
Mały, biały bilecik z kolorowymi kropeczkami przenosi mnie z powrotem do tego miejsca, w którym spędziłam niezapomniany koniec czerwcowego tygodnia. Ale wszystko po kolei -albowiem wszystkie historie mają swój początek i koniec i moja przygoda zaczęła się piątkowego popołudnia, 9 czerwca, gdzieś w Wiedniu, na końcowej stacji metra, z której w dalszą drogę udałam się z innymi zaproszonymi współpasażerami. Po pokonaniu ok. 350 km, po przekroczeniu dwóch granic, dotarliśmy do rogatek Bielska-Białej, do dzielnicy Wapienica, w której mieliśmy się zatrzymać na noclegi. Park Hotel “Papuga”, jedno z najlepszych centrów odnowy biologicznej w Polsce południowej, przyjął nas pod swoje kolorowe skrzydła. Krótki spacer po malowniczo położonym ogrodzie pełnym rododendronów, ozdobnych iglaków, ogródków alpejskich barwnym kobiercem pokrywających brzegi sadzawki, cichy szum wody, kaskadą spływającej ze źródełka i igraszki złotych rybek, na które patrzyłam stojąc oparta o balustradę drewnianego mostku, napełnił mnie świeżą porcją energii po trudach podróży. Potem kolacja można by rzec rozpoznawczo – zapoznawcza z innymi przybyłymi na festiwal delegacjami. I koniec pierwszego dnia pobytu, a po nim sen, spokojny sen, regenerujący przed następnym dniem. Dzień drugi. Po lekkim śniadaniu, bo emocje, co nas w tym dniu spotka nie pozwalały na zbyt obfite nasycenie naszych żołądków, zostaliśmy zawiezieni autobusem pod Ratusz, siedzibę władz miasta. W pięknie odnowionym neorenesansowym gmachu, zostaliśmy przyjęci w sali sesyjnej. Prezydent Bielska- Białej, pan Jacek Krywult w imieniu całej rady miejskiej i swoim przywitał przybyłych gości z zaprzyjaźnionych miast partnerskich, a więc z: Baia Mare z Rumunii, Frydka-Mistka z Czech, Kragujevaca ze Słowenii, Szolnok z Węgier, Tienen z Belgii, Ustki z Polski, Wiednia z Austrii, Wolfsburga z Niemiec i Zyliny ze Słowacji. W kilku słowach przybliżył cel powstania festiwalu jako pomostu do wzajemnego poznawania swoich tradycji i historii, a także wymianie kulturowej, jaka ma miejsce podczas jego trwania. Zapoznał nas w telegraficznym skrócie z topografią miasta, położonego malowniczo wśród wzgórz (Kozia Góra, Szyndzielnia, Klimczok i inne), poprzez które prowadzą liczne szlaki wychodzące bezpośrednio z miasta, o przepięknie położonym nieopodal Jeziorze Żywieckim, o sportowych osiągnięciach regionu w siatkówce, lekkiej atletyce czy żaglach, o historii miasta sięgającej XIV wieku, o 200-letnim przynależeniu do Monarchii Austro-Węgierskiej. Zwrócił uwagę na jedną z mniejszych stóp bezrobocia jaka jest na tych terenach, i że jest ona wynikiem dobrego rozwoju gospodarczego miasta i okolic (wpływ położenie na dawnym szlaku handlowym, sięgający wieku XIII i XIV, przemysł sukienniczy i tkacki, przekształcony później we włókienniczy ze słynącymi w europie zakładami Jankowskiego, które produkowały wyroby opatrzone metką “Bielska Wełna”), gdzie istnieje na dzień dzisiejszy ok. 30 tys. podmiotów gospodarczych. Następnie głos zabrał wice-prezydent pan Zbigniew Michniowski zwrócił uwagę na wielonarodowość Bielska-Białej przed wojną, procentowy udział Polaków(40%), Zydów(30%) i Niemców(30%), współtworzących na przestrzeni wielu lat bogactwo tego miasta, na tradycje wielu pokoleń, które uformowały jego współczesny obraz, podkreślił jeden z silnych atutów tej ziemi, jakim jest jej folklor. Przypomniał o 150-tej rocznicy przyłączenia do Kolei Północnej (inaczej Kolei Wiedeńskiej, biegnącej z Wiednia do Lwowa), która zdynamizowała rozwój przemysłu na tych ziemiach, dzięki któremu nigdy nie było na nich zapaści gospodarczej. Zwrócił uwagę, że właśnie tu w Bielsku-Białej przed ponad stu laty jako drugi w Europie, ale wcześniej niż w Wiedniu ruszył w trasę elektryczny tramwaj, że wodociągi miejskie obchodzą swoją 115-tą rocznicę istnienia, a ratusz (dawna siedziba Komunalnej Kasy Oszczędności, potem magistratu i rady miejskiej) po stu latach doczekał się gruntownego remontu. Po spotkaniu z przedstawicielami miast partnerskich opuściliśmy przepiękny budynek rajców miejskich i gromadnie udaliśmy się na Plac Ratuszowy, gdzie o godzinie 12.00 nastąpiła uroczystość oficjalnego otwarcia festiwalu dokonana przez pana prezydenta J. Krywulta.
Prowadzący imprezę przybliżyli w skrócie program projektu “Mały Wiedeń pozdrawia”, podali najważniejsze informacje dotyczące obu miast (Wiednia i Bielska-Białej), zaprezentowali bliżej sylwetkę założyciela Johann Strauss Orchester z Wiednia pana Alfreda Pflegera, która koncertem w samo południe zainicjowała festiwal. Powiało wielkim światem, powiało stolicą, przymknęłam oczy i przeniosłam się do ogrodów Schonnbrunu. Słońce grzało moje ciało, ptaszki na fletach grały swoje trele, złoto – srebrny walczyk pana Lehara lekko unosił się wśród wiedeńskich kafejek, dźwięczny głos sopranistki pani Donny Ellen rozbawiał nas w “Arii ze śmiechem”, potem jeszcze krótki duet na struny głosowe i struny skrzypiec, jakiś dyskretny dyg nóżki w pończoszce, uchylenie ronda kapelusza, skradziony całus. Chmury szare zaczęły zasłaniać tarczę słoneczną, ale polka nosząca tyt. “Grzmot i błyskawice” rozgoniła je na cztery świata strony, zostawiając zjonizowane, nie “ztonizowane” powietrze wokół nas, które zapachniało późną wiosną w rytm walca “Wiosna” J. Straussa (który jest najtrudniejszą partią do śpiewania). Jeszcze tylko polka “Trisch-trasch” (zupełnie jak na koncercie noworocznym wiedeńskich filharmoników) i na zakończenie straussowska “Wiedeńska krew”, niezwykła mieszanka wielokulturowych brzmień, która spowodowała nagły skok ciśnienia naszej wielonarodowościowej krwi.

31.JPG

33.jpg

Potem czekał na nas na pięknie odrestaurowanym bielskim dworcu kolejowym z pompejańskimi polichromiami w holu głównym, zabytkowy pociąg (C.K.Ekspres) pamiętający czasy cesarza Ferdynanda (którego imieniem został nazwany), a stanowiący ruchomy eksponat Skansenu Taboru Kolejowego w Chabówce. Pośpiesznie zajęliśmy miejsca w trzech wagonach i odgwizdawszy na komendę odjazd, ruszyliśmy poprzez 200 metrowy tunel (zbudowany pod miastem) w podróż do Żywca. Cóż to była za niesamowita jazda w obłokach prawdziwego dymu węglowego, ulatującego spod gwizdka. Ledwie ruszyliśmy, a już kelnerzy z tacami w sprawnych dłoniach zaczęli roznosić chleb ze smalcem oraz ogórki kiszone i małosolne do tego zaś podawana była hmm… (małe rozmarzenie w oczach) “miodunka” jak ambrozja. Aktorzy ubrani w stroje z czasów “Franca Jozefa” odgrywali dla nas małe sytuacyjne scenki z dobrym wojakiem Szwejkiem w roli głównej, który wraz z feldkuratem Katzem i Kety śpiewali fragm. utworu “.Usta milczą, dusza śpiewa.”, i jeszcze jak spod ziemi wyrósł przed nami kataryniarz, który ruchem korbki z małych walców wyczarowywał walczyki, poleczki, a nawet coś z repertuaru B. Brechta, K. Weila i M. Dietrych.

1.jpg

2.jpg

4.jpg

6.jpg

9.jpg

16.jpg

17.jpg

18.jpg

22.jpg

26.jpg

28.jpg

37.jpg

“Wesoły pociąg” zatrzymał się na stacji w Żywcu, by potem zajechać prosto z pasażerami do browaru, gdzie czekała na nas kapela ludowa i sama arcyksiężna Maria – Krystyna Habsburg, dawna jego właścicielka. Historia browaru żywieckiego zaczęła się w 1856r. kiedy to austriacki arcyksiążę Albrecht Fryderyk Habsburg, wnuk cesarza Leopolda II, założył Arcyksiążęcy Browar w Żywcu” i nieprzerwanie trwa do dnia dzisiejszego. “Tylko (tutaj) stoją obok siebie (…) najnowocześniejsza w Europie warzelnia z końca XX w. oraz nadal sprawna warzelnia z czasów Franciszka Józefa”. I tutaj także produkuje się “Porter Żywiecki, warzony od 1881r. według historycznej receptury sławnego arcyksiążęcego piwowara Juliusza Wagnera (…) “Jego” wybornym smakiem (…) można delektować się w historycznych budynkach browaru, niezmiennie od ponad 120 lat.” Zostaliśmy podjęci obiadem, można by rzec iście staropolskim (pasująca do miejsca zupa piwna, z do końca chrupiącymi grzankami, a potem najprzedniejsze golonko w musztardzie z polskim chrzanem, a wszystko oczywiście “podlane” cudownie schłodzonym piwem) we wnętrzu “Piwiarni Żywieckiej”, które zawierało elementy przeróżnych urządzeń browarniczych, a na ścianach wisiały historyczne zdjęcia związane z tą “fabryką pszennego płynnego złota”. Każdy z certyfikatem w dłoni świadczącym, że nie był to tylko sen zajął miejsce w “C.K” wagonie i pogrążył się w cudownej godzinnej poobiedniej drzemce, bo
“monotonny stukot kół pociągu
kołysze cię do snu
monotonny stukot kół pociągu
zmusza cię do snu”
a nieliczni z nas rozbudzili się dopiero pod zimnym strumieniem hotelowego prysznica.
Po pośpiesznym zregenerowaniu ciał, a przede wszystkim umysłów, ubrawszy się w stroje wieczorowe udaliśmy się na ostatnią atrakcję drugiego dnia pobytu czyli “Noc wiedeńską” do Hotelu “Pod Orłem” (dawnego Hotelu “Pod Czarnym Orłem”, obecnie mieszczącego biura oraz ekskluzywny pasaż handlowy). W jego wnętrzu poprzez secesyjną klatkę schodową weszliśmy do słynącej urodą neorenesansowych zdobień Sali Redutowej, gdzie oczekiwali na nas członkowie władz miejskich. Wieczór rozpoczął koncert Joann Strauss Orchester z Wiednia (jakby deja vu, ale zaręczam że bardzo przyjemne) która swymi cudownymi walcami przeniosła nas do najlepszych wiedeńskich sal balowych. Zasłuchana w przepięknie brzmiący głos sopranistki (Donny Ellen) uniosłam zwolna wzrok ku górze i zatrzymałam na suficie, gdzie w plafonach stiukowe instrumenty muzyczne wygrywały niebiańskie tony, a rozmarzone spojrzenia puttów wymownie dawały znać, że choć na moment powróciły dawne, dobre “C.K” czasy. Głos “primaDonny” dawno już ucichł i jedynym znakiem potwierdzającym, że zaistniał w przestrzeni były rozkołysane kryształowe żyrandole. Siedząc na złoconym stołku, gdzieś pomiędzy przystawką, a maliną zanurzoną w aperitifie w objęciach szyfonowego szalu w pawie pióra wypatrywałam “księcia z bajki” lecz ni rycerza ni żaby (za wyjątkiem tych dwóch z portalu secesyjnej kamienicy, gdzie mieściła się kiedyś winiarnia Rudolfa Nahowskiego) nie znalazłam. Północ już wybiła na zegarze oznajmiwszy koniec drugiego dnia pobytu i w jazzujących rytmach, które umilały nam wieczór zespołu “Ewy i przyjaciół” udaliśmy się na zasłużony wypoczynek.

27.jpg

29.jpg

Dzień trzeci zaczął się pięknym, słonecznym porankiem, sokiem wyciśniętym ze świeżych pomarańczy i kawą cappucino wypitą na hotelowym tarasie. Punktualnie o 10.30 przybył po nas autobus i zawiózł do centrum Bielska-Bielska, gdzie o godz. 11.00 w sieni zamku-muzeum Sułkowskich czekała przewodniczka. Przybliżyła nam historię zamku, “którego najstarsze ślady pochodzą z XIII w. W XIV w. powstała pierwsza warowna budowla. Później była wielokrotnie rozbudowywana i przebudowywana. Obecnie architektura zamku ma charakter eklektyczny, nawiązujący do stylów-romańskiego, gotyckiego i renesansowego. Obiekt nazywany jest Zamkiem Sułkowskich od nazwiska rodu ostatnich jego właścicieli. Można w nim oglądać: galerię malarstwa i grafiki od XIX w. po współczesność; eksponaty archeologiczne i historyczne, związane z dziejami Bielska-Białej oraz od niedawna także zbrojownię i pokój myśliwski”. Po zwiedzeniu muzeum wyszliśmy na dziedziniec zamkowy, gdzie mijały nas postacie jakby w sposób magiczny przeniesione ze średniowiecza, płochliwe dworki, zamiatające długimi “ogonami” sukni bruk roześmiane służące, dworujący paziowie, krotochwilni giermkowie i rycerze o lwich sercach. Przed zamkiem rozgościł się “Jarmark Świętojański” – festyn nawiązujący do tradycji średniowiecznych jarmarków. Na straganach dawnego targowiska swoje rzemiosło prezentowali się garncarze, bednarze, piekarze, kowale, złotnicy, mennicy, tkacze, szewcy czy kaletnicy. Urozmaiceniem festynu były występy trupy teatralnej oraz pokazy walk i gier rycerskich w wykonaniu bractw rycerskich w strojach z epoki”.

38.jpg

39.jpg

40.jpg

42.jpg

Następnie udaliśmy się na spacer po zabytkowym centrum miasta. Wąskimi, brukowanymi uliczkami, to znowu podcieniami kamienic tworzących malownicze zaułki dotarliśmy na Rynek (kiedyś centrum średniowiecznego Bielska, obecnie gruntownie odnawiane), przy którym mieści się XVII i XVIII wieczna zabudowa, zaglądnęliśmy do wnętrza Katedry św. Mikołaja przy Placu św. Mikołaja (która została wzniesiona w stylu gotyckim, przebudowana ostatni raz na początku XX w.), gdzie podziwialiśmy przepiękne organy na chórze, obraz z ołtarza głównego, przedstawiający patrona świątyni i wspaniałe, secesyjne witraże Rudolfa Harlfingera z Wiednia. Z wolna kierowaliśmy się w stronę restauracji “Pod Jemiołami”, do której byliśmy zaproszeni na uroczysty obiad. Po drodze (trochę okrężnej) szukaliśmy wiedeńskich śladów, znajdując je zamknięte w kamienicach bielskich fabrykantów (neorenesansowej willi finansisty i filantropa Teodora Sixta czy neobarokowej kamienicy notariusza Alfreda Michla), czy schwytane w motywy secesyjno – orientalnej elewacji z roślinnymi ornamentami na Budynku Sądu Rejonowego (przed laty siedziby szkoły żydowskiej i Żydowskiej Gminy Wyznaniowej) i przepięknym secesyjnym wnętrzu Restauracji “Patria” (która pod koniec XIX w. mieściła pierwszą w Bielsku kawiarnię wiedeńską “Europa”). Ok. godziny 14.30 dotarliśmy pod wskazany adres. W przepięknie urządzonym w stylu ludowym wnętrzu spotkaliśmy się z przedstawicielami urzędu miasta Bielsko-Biała, by razem z nimi spożyć uroczysty obiad. Pan wiceprezydent Zbigniew Michniowski w kilku słowach podziękował jeszcze raz za uczestnictwo w festiwalu i wyraził nadzieję na dalszą współpracę pomiędzy zaprzyjaźnionymi miastami. Następnie zajął głos w imieniu delegacji węgierskiej miasta Szolnok pan wiceburmistrz Istvan Berta, dziękując za zaproszenie i wspaniały pobyt jaki zgotowało dla wszystkich przybyłych delegacji miasto Bielsko-Biała. Ostatnim mówcą był szef Wydziału Kultury UM miasta Wiednia dr Haidar Sari. przedstawiciel delegacji austriackiej, który w kilku słowach podkreślił jak ważne są takie spotkania i co z nich na przyszłość wynika dla naszej wspólnej, zjednoczonej Europy. Jak ważne jest integrowanie się z innymi krajami nie tylko na szczeblach państwowych ale przede wszystkim na tych bezpośrednich, bardziej przyjacielskich, w jakim właśnie wszyscy uczestniczymy. Po wysłuchaniu tych wszystkich wzniosłych słów zanurzyliśmy się w cudownym śnieżno – lodowo-malinowym deserze i w pasjonujących dyskusjach, przy lampce wina. Bo czy nie jest pasjonującym wyszukiwanie elementów łączących, wymiana różnych spostrzeżeń, biesiadny śpiew zainicjowany przez stronę austriacką motywem czardasza zaczynającego się od słów: “pojedź do Warażdii” (aria z operetki “Księżniczka czardasza” Lehara), który płynnie przeszedł z języka niemieckiego na język węgierski ( aż ciarki przeszły, bo wtedy na prawdę czuć tą jedność kultury) czy odśpiewaniem utworu C. Niemena “Pod papugami” w języku polsko-węgierskim lub wspólne dyskusje z przedstawicielami Belgii na temat twórczości J.Brella (ich narodowego poety i piosenkarza, którego przepiękne utwory zostały przetłumaczone na wiele języków europejskich). Obiad dobiegł końca, a my pełni wrażeń i wspaniałego polskiego jedzenia( naprawdę powinniśmy wszystko zrobić, żeby wypromować w Europie naszą kuchnię bo jest ona silnym atutem!!!) zajęliśmy miejsca w autobusie, który odwiózł nas do hotelu. Tutaj niestety moja relacja się gwałtownie kończy, bo musiałam z przyczyn osobistych opuścić to wspaniałe miejsce z równie wspaniałym towarzystwem, nie mogąc do końca uczestniczyć we wszystkich punktach programu jaki przygotowało miasto Bielsko – Biała (takich jak: turniej bowlingowy w Klubie Klimat, pokaz walk w wykonaniu “Bractwa Wczesnośredniowiecznych Rycerzy”, a na pożegnanie uczestnictwo w “Nocy Kupały” w restauracji “Wielkie Żarcie”).

0606110003.JPG

0606110012.JPG

0606110021.JPG

0606110036.JPG

0606110039.JPG

0606110050.JPG

0606110096.JPG

30.jpg

36.jpg

Siedząc już w samochodzie pędzącym z powrotem do Wiednia zastanawiałam się nad minionymi dniami, co zmieniły w moim życiu, co wniosły nowego w nie, dlaczego znalazłam się właśnie w tym miejscu i z tymi ludźmi, czego się od nich nauczyłam i co im ofiarowałam od siebie? Kilometry odmierzały na liczniku drogę powrotną, ale dlaczego powrotną, przecież jestem nadal obywatelką Polski i ta droga powrotna powinna biec w przeciwnym kierunku. I właśnie wtedy zrozumiałam, że jestem odbiciem i powieleniem dróg emigracyjnych, którymi kroczyli moi przodkowie, że odnalazłam wspólne ogniwa pomiędzy oboma miastami, ponieważ rajcą miejskim miasta Bielsko-Biała był brat mojego pradziadka Piotr Gottel, a wiceburmistrzem Wiednia mój “prawujek” Hugo Nehay von Felzeiss. Przypadek, przeznaczenie, dualność sytuacji. Zrozumiałam, że tak w głębi serca obok patriotyzmu rozkwitł mały kosmopolityczy kwiatek i w tym momencie poczułam pełnię synchronii z Ojczyzną tą z urodzenia i z ojczyzną tą naszą wspólną europejską.

W tekscie zostały wykorzystane informacje pochodzące z informatorów Urzędu Miasta Bielska Białej.
Gata Göttel

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags