“…najlepszymi promotorami Polski za granicą są Polacy, szczególnie młode pokolenie”.

Wywiad z Justyną Golińską, Dyrektor Instytutu Polskiego w Wiedniu

 

G.W: Pani Justyno, od jesieni ubiegłego roku przejęła Pani funkcję Dyrektora Instytutu Polskiego w Wiedniu. Szerszym kręgom wiedeńskiej Polonii jest Pani jeszcze mało znana.. Proszę opowiedzieć o drodze, która przywiodła Panią do stolicy Austrii.







J.G. O, to długi temat. Jestem z zawodu teatrologiem, skończyłam studia w Warszawie. Później zajmowałam się przez wiele lat dziennikarstwem kulturalnym. Pracowałam w miesięczniku  „Dialog”, w którym przez ponad 6 lat sprawowałam funkcję zastępcy redaktora naczelnego. „Dialog” ma ponad półwieczną historię i zajmuje się przede wszystkim sztukami widowiskowymi, lecz także patrzy na kulturę z szerszej perspektywy – socjologicznej, filozoficznej czy antropologicznej. W 2004 roku założyłam też z moim przyjacielem-dziennikarzem fundację Medientandem, której głównym celem było wspieranie i inicjowanie kontaktów dziennikarskich, przede wszystkim między Polską a krajami niemieckojęzycznymi i promocja naszego kraju w tym środowisku za granicą.  Organizowaliśmy konferencje, wizyty studyjne, spotkania, założyliśmy międzynarodowy klub dziennikarski. Praca w fundacji była dla mnie ogromnym doświadczeniem organizacyjnym. Bo – jak to w polskich NGO’s bywa – właściwie wszystko spoczywało na naszych, a często po prostu na moich barkach: od księgowości, przez zamawianie autokaru dla gości po moderowanie spotkania z ministrem. Proste to nie było, ale ciekawe. W tym kontekście postrzegam pracę w Instytucie w pewnym sensie jako przedłużenie tamtej działalności. Tyle tylko, że tutaj mam inne możliwości finansowe, a także zespół jest większy i skala realizowanych projektów. Ale właśnie to jest frapujące, bo ta praca jest zarazem i kreatywna, i ma wyraźny, szlachetny cel. W Instytucie będę się starała wykorzystać moje wcześniejsze doświadczenia organizacyjne, chociaż oczywiście konieczne było też przeszkolenie w MSZ, które musiałam przejść przed wyjazdem. Do przejęcia takiej placówki potrzebna  jest znajomość i dyplomacji, i finansów, i trochę prawa. Z drugiej strony, doświadczenie w pracy w kulturze gromadziłam właściwie od zawsze – pisałam, tłumaczyłam, współpracowałam z radiem, z rzadka z telewizją. Przede wszystkim w  środowisku teatralnym znam wiele osób, ale też nie znam się na wszystkim. I dzięki Bogu nie muszę, w zespole Instytutu pracują specjaliści.

 


[smartads]


G.W: Czy możemy z tego wnioskować, że centrum Pani zainteresowań i działań w Instatucie będzie teatr?

J.G: Prawdę mówiąc, nawet nie wiem, czy teatr to ciągle moje własne centrum zainteresowań. Na tej dziedzinie się pewnie najlepiej znam, ale tak właściwie to ja jakiś czas temu  trochę zaczęłam odchodzić od zajmowania się sceną. Żeby naprawdę zrozumieć przedstawienie, trzeba rozumieć jego kontekst. Zwłaszcza dobre przedstawienie, które  jak w soczewce skupia różne punkty widzenia, mody, kwestie, styl obrazowania. Poza tym, rolą Instytutu jest wszechstronna promocja Polski za granicą. Ale niewątpliwie ma Pani rację, mogę powiedzieć, że w teatrze czuję się najpewniej.

 

G.W: A ja będę dalej wiercić Pani dziurę w brzuchu, ponieważ z  mojej perspektywy  teatr był dziedziną trochę zaniedbaną w ostatnich latach działalności Instytutu. Czy więc to, iż w teatrze czuje się Pani najpewniej będzie miało przełożenie w  programie Instytucji, którą Pani kieruje?

J.G: W jakimś stopniu mam nadzieję, że tak. Ale chociaż każdy kolejny dyrektor na jakiejś dziedzinie się lepiej zna, to nie jest dobrze, jeśli tylko jedną faworyzuje. Z teatrem jest ten problem, że to bardzo droga rzecz. Sprowadzenie przedstawienia i zagranie go jeden raz kosztuje dziesiątki tysięcy Euro. Zarówno to, jak również fakt, że bardzo wiele spektakli jest właściwie nieprzetłumaczalnych, bardzo utrudnia sprawę. Chociaż mnie się zdarzało oglądać dwugodzinne, ascetyczne monodramy na przykład po węgiersku (którego nie rozumiem ani w ząb) i nie nudzić się nawet przez chwilę. Swoją drogą, polski teatr w ostatnich latach wrócił na austriackie sceny, choćby dzięki przedstawieniom Grzegorza Jarzyny. Za sukces trzeba też uznać wyreżyserowanego w wiedeńskim Schauspielhaus  przez Michała Zadarę „Mesjasza” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i fakt, że przedstawienie to zostało zaproszone na tegoroczne Spotkania Teatralne do Warszawy. Instytut współpracował przy tym projekcie za czasów poprzedniej dyrekcji, wspierając powstanie sztuki i uważam, że to był dobry pomysł, bo promocja dramaturgii to szansa, aby teatr polski zaistniał w Austrii na dłużej. Co oczywiście nie znaczy, że powinniśmy rezygnować ze sprowadzania dobrych spektakli, ale jest to jednorazowy wysiłek, taki błysk supernowej.

 

GW: Jaką rolę powinny pełnić Pani zdaniem placówki takie jak  Instytut?





JG: Instytuty otrzymują via MSZ finansowanie z pieniędzy polskich podatników po to, by promować Polskę za granicą. Zarówno przez projekty kulturalne, jak również z zakresu dyplomacji publicznej. Tak więc mówimy nie tylko o sztuce, lecz także o historii, nauce, promocji transformacji, pokazywaniu jak jesteśmy dynamiczni, jak potrafimy przystosować do zmiennych warunków. Organizowana przez nas promocja Polski skierowana jest przede wszystkim do mieszkańców tego kraju, w którym instytut się znajduje. Jesteśmy oczywiście także otwarci na Polonię, ale głównie w tym sensie, że oczekujemy od niej wsparcia. Sam Instytut jest tylko zespołem, budynkiem, miejscem, jakąś tam ilością pieniędzy, które otrzymujemy z budżetu państwa. Ale de facto jego możliwości są ograniczone. Dlatego ja zawsze mówię – najlepszymi promotorami Polski za granicą są Polacy, szczególnie młode pokolenie. My możemy zrobić spotkanie z polskim autorem, ale to co wy opowiecie swoim austriackim znajomym o polskiej literaturze jest dziesięć razy ważniejsze. Warto przytoczyć przykład młodej emigracji w Anglii. Są to ludzie, którzy wyjechali z Polski z przekonaniem, iż warto ją pokazywać i promować, działają tam z ogromną energią. I to oni często proponują Instytutowi w Londynie współpracę, ponieważ mają nowe, świeże pomysły. Ale wracając do Pani pytania. Chcemy pokazać Polskę przede wszystkim Austriakom ale także i turystom, których przyjeżdża tu przecież bardzo wielu. Jeśli ktoś taki w następnym roku przyjedzie do Krakowa, zamiast do Wiednia, to uznam że spełniliśmy nasze zadanie.

 

GW: Bez wątpienia. Niemniej jednak, obserwując od wielu lat frekwencję na imprezach organizowanych nie tylko przez Instytut  ale także różne polonijne stowarzyszenia kulturalne, odnoszę wrażenie, iż promocja polskiej kultury w mieście tak nasyconym propozycjami kulturalnymi jak Wiedeń nie jest zadaniem łatwym. Trudno jest wzbudzić szersze zainteresowanie Austriaków. Jak można by Pani zdaniem ten trend przełamać?

 

JG: Na pewno jest trudno, jak w każdej stolicy. Dlatego chcielibyśmy, nie zaniedbując tego pępka Austrii, mimo wszystko wychodzić z programem do innych miast. Ale proszę wziąć pod uwagę, że przy promocji kultury nie można wszystkiego przeliczać na frekwencję. Dlatego, ponieważ na koncercie w siedzibie Instytutu dziewięćdziesięciu widzów to nasza „granica bólu”, bo więcej osób nie możemy wpuścić ze względów bezpieczeństwa, robimy w naszej siedzibie imprezy kameralne. Natomiast duże przedsięwzięcia planujemy z partnerami austriackimi, na przykład w zeszłym roku wystawę z okazji rocznicy Bitwy pod Grunwaldem w wiedeńskiej zbrojowni obejrzało kilkanaście tysięcy osób. Wszystko zależy od tego, z jakimi partnerami i gdzie robi się projekty. Koncert w klubie jazzowym nie jest mniej ważny niż koncert w Musikverein, na który przychodzi ponad tysiąc osób. Zdarzają się też sytuacje, że Instytut powinien być niewidoczny, bo przede wszystkim nie siebie promuje jako markę, tylko polskich artystów, naukowców, publicystów. Ale zgadzam się ze stwierdzeniem, że promocja Polski tutaj jest bardzo trudna. Niektóre kraje w ogóle odchodzą od promowania kultury narodowej i skupiają się na wspieraniu  projektów paneuropejskich. Ja uważam , że Polska nie jest aż tak silną marką, żebyśmy mogli sobie  na to pozwolić i przestali pokazywać nas i podkreślać cały czas – my, Polska. Przyjedźcie do nas i zobaczcie, jacy byliśmy i jesteśmy interesujący, jak ciekawe były nasze związki z Austrią i jacy ciekawi jesteśmy dzisiaj. Ale to nie jest łatwe – każdy kraj stara się znaleźć metodę, która będzie lepsza i nowocześniejsza niż pomysły innych. Nie ma jednej recepty na promocję. Mogę tylko obiecać, że będziemy się starać.

 

GW: Jakie priorytety stawia sobie Pani na okres swojej kadencji, jako dyrektora Instytutu Polskiego?

JG: Żeby się wszystko udało! (śmiech) A tak poważnie, myślę, że każdy dyrektor chce, żeby  to, co robi jego instytucja było bardziej widoczne, zauważalne. Ja mam nadzieję po pierwsze –  mocniej wyjść poza Wiedeń. Także dlatego, że tam nie tylko oferta kulturalna jest mniejsza, lecz także tamtejsi mieszkańcy na ogół rzadziej mieli do czynienia z Polską, więc są bardziej chłonni i chętni. Mamy poza tym trochę pomysłów, jak promować się w mniej tradycyjny sposób, ale nie będę na początek zdradzać wszystkiego.  Zresztą tradycji również nie można zaniedbywać i dlatego nie będziemy rezygnować na przykład ze wspierania polskich kompozytorów czy wykonawców muzyki poważnej, bo tu przecież nic się nie może odbyć z pominięciem muzyki. A skoro Austria jest rozegrana i roztańczona, to trzeba to nadal wykorzystywać.

 

GW: Proszę opowiedzieć nam trochę o sobie jako osobie prywatnej. Jak spędza Pani  wolny czas?

JG: Na razie nie spędzam, bo go nie mam (śmiech). No może jest już troszkę lepiej, ale jeszcze nie tak, jak bym chciała. Muszę się chyba zapisać na gimnastykę. Z tym postanowieniem noszę się już od tygodnia, a jeszcze nie udało mi się nawet wziąć informatora z żadnego klubu. Poza tym muszę pobiegać więcej po mieście. Próbuję poznać jego topografię , temperament, charakter. Mam nadzieję, że jak przyjdzie wiosna, to wyruszę też dalej.







GW: Proszę nam zdradzić, czy stanowisko Dyrektora Instytutu Polskiego w Wiedniu to  Pani wymarzony zawód , czy jest coś, co  w przyszłości  interesowałoby Panią bardziej?

 

JG: W przyszłości to nie wiem… (śmiech). Ale powiem tak – kiedy udało mi się wygrać konkurs, to miałam poczucie ogromnej satysfakcji. Jest to rodzaj pracy, w której mam nadzieję, uda mi sie sprawdzić. Na pewno jest to szansa na spełnienie zawodowe i duża przyjemność, wynikająca z możliwości poznawania tego miasta, kraju i ludzi.

 

GW: Pani Dyrektor, jak opisałaby Pani siebie osobom, które Pani nie znają, w trzech słowach?

 

JG: O Boże, muszę? (długa chwila zastanowienia i wahania). No dobrze, skoro Pani nalega: pracowita, inteligentna, urocza (śmiech).

 

GW: Dziękuję za wywiad i życzę powodzenia oraz satysfakcji z pobytu w Wiedniu

 

 

Rozmawiała: Grażyna Wałęga

 

  


  
  
  

Komentarze



6 komentarze do “Wywiad z Justyną Golińską – Dyrektor Instytutu Polskiego w Wiedniu”

  1. Dodał: Robert - 24 March 2011 14:51

    Pani Justyna wyglada naprawde uroczo, piekny mamy ten instytut teraz :-)
    pozdrowka

  2. Dodał: Daria - 25 March 2011 14:00

    Trzeba przyznac ze bardzo ciekawy wywiad , Instytut zapowiada sie dobrze.
    Poprzednia ekipa zapowiadala sie takze ciekawie – jednakze na zapowiedziach sie w glownej mierze skonczylo.
    Pozdrawiam Daria

  3. Dodał: Bozena Krenek - 28 March 2011 11:12

    I znowu wiele pięknych słów, fasada udana, ale za nię…

    Wielbiciel kultury

  4. Dodał: Jan Włodarski - 30 July 2012 00:49

    Nie rozumiem dlaczego Pani Dyrektor odmówiła promocji książki Jana Stępnia wydanej w języku niemieckim, przetłumaczonej przez panią Dorotę Miller? Promacja ta odbyła się w jednej z kawiarni wiedeńskiej i zgromadziła liczne grono Polaków oraz Austriaków. Ciekawe czym się naraził pan Jam Stepień Pani Dyrektor?
    Jan Włodarski – Warszawa, Wiedeń

  5. Dodał: Piotr Szymusik - 20 September 2012 20:35

    Gratulacje i jeszcze raz gratulacje, życzę dużo szczęścia i powodzenia w tej jakże ważnej misji i dużo przyjemności z pobytu w Wiedniu.
    Pozdrowienia z UK.

  6. Dodał: Ja - 4 October 2012 23:15

    Poprzednia ekipa dyrektorska mi sie nie podobala..mam nadzieje,ze bedzie lepiej, zapowiada sie ciekawie

Dodaj komentarz

  
  

Tags

instytut polski w wiedniu