leszek.jpg

– czyli zabawna gra z „dźwiękami uwięzionymi” na flety i saksofony-refleksje Gaty Göttel

Czy zabawa tak do końca pozostaje zabawą, pełną lekkich zawirowań pastelowych różów malujących policzki, czy może jest grą wcześniej przemyślaną i ściśle zaplanowaną? Czy może jest w niej więcej beztroski i uniesień, czy może więcej koncentracji i taktyki? A może jest jednym i drugim zarazem? Czy zabawa dźwiękiem, która wygląda nadal na zabawę, jest nią jeszcze, czy może jest już grą? Czy, a, może – te wszystkie pytania zadaję sobie uczestnicząc w dźwiękowej grze autorstwa Leszka „Hefiego” Wiśniowskiego, flecisty, saksofonisty i kompozytora. To niezwykła gra osadzona w wirtualnej audioprzestrzeni powstającej za każdym razem w momencie włączenia przycisku PLAY.
Płyta, niczym rumak po zwolnieniu jej z uprzęży rusza stępem. Rozwiana grzywa gwiżdże fletem uwolnione dźwięki. Spod końskich kopyt wylatują grudki zbitych, ciężkich fraz tenorowego saksofonu a ja śledząc ich ślady na wielościeżkach muzycznych zapisów, staję się szpiegiem nut („Spy’s Horse”). Dotykam dłonią świeżej, wilgotnej ziemi. Czuję, jak drży jej ciało pierwotnymi wibracjami, tłumionymi szeptami, głuchymi odgłosami ghatamu, kanjiry, kannakolu; jak głębokimi tonami śpiewa swoją historię sięgającą w zaprzeszłe czasy. Zanurzam się w echach przeszłości, w odwiecznej walce dwóch pierwiastków, w męskich i żeńskich aspektach tego samego jestestwa, w powtarzających się momentach współbrzmień na flet i bansuri, podbitych silną wielogłosową wokalizą o narastającym tempie. Mój wąż kundalini kolorową spiralą podnosi się ku górze, by w ostatniej sekundzie rytmu zastygnąć w muzycznym spełnieniu („Lechoechoplexita”). („Obsession”, „Blues IPS” ) Tracę kontakt z rzeczywistością, w obsesji klasycznych saksofonowych i fletowych sygnałów trwam, w zapętleniach pięciolii coraz ciaśniej mnie obejmujących, w nakładających się na siebie stanach emocji rozpiętych pomiędzy fletem a saksofonem tenorowym poszukuję własnego ja by je odnaleźć na samotnym górskim szczycie. („The Story of One Mount”, „Krywan Impression”) Tam, dotykając nagości skały, chylę głowę przed jej potęgą. a ona podwojonym kobiecym głosem, niczym zawieszonym na niebie obłokiem, obejmuje mnie. Składam pokłon dętymi brzmieniami powtarzających się refrenów ech, które zwielokrotnione pogłosem trąbity powracają i błogosławią szeptami górskich potoków szemrzących fletem (klimaty budowane wibrującymi dźwiękami, ujęcie przestrzeni za pomocą specyficznych fraz, stanowiących jakby odpowiedzi lub dopowiedzenia do Garbarkowych „Dwunastu księżyców”). („St. Germain 141”) Jestem rytmicznym wędrowcem czasu i przestrzeni dźwięków, ja nieśmiertelny, nazywany imieniem paryskiego bulwaru. Strącam płatki z kwiatów czereśni, nie zauważając ich czystego piękna, które do mnie śpiewa wieloma odcieniami miłości . Zanurzam dłonie w płatkach, zamykam oczy zasłuchany w odgłos cykad, które nocnym szumem mnie wypełniają. Śpiewam bambusową pieśń radości, łącząc się tonacjami z otaczająca mnie naturą. Z każdą nutą przeistaczam się w melodię, którą gram („Bamboo Song”). („Dangerous Hunting”,” Antilope’s Diary”). Jestem tym, który wzbudza wibracje i samą wibracją, prowadzę podwójną grę. Jestem myśliwym i ofiarą, pomiędzy nami zacierają się granice odrębności. Rozpoczynam niebezpieczne polowanie na nieuchwytne dźwięki, które spłoszonym sercem antylopy szybko biją (urywane dźwięki, szybkie palcówki w stylu przypominające kompozycje B. Marsalisa, w innych kawałkach zauważalne również), tętnią rytmicznym galopem, przyśpieszonym oddechem fletu, pierwotnym instynktem wygrywanym na saksofonie. Wchłaniam wolność przestrzeni, kreśląc jej nieograniczoność, maluję saksofonem radość swobody, fletem śpiewam jak czysta jest radość ruchu. („Ram’s Dance”) Zmęczony zatrzymuję się w muzycznej pauzie, a nabrawszy w płuca świeży łyk powietrza, podejmuję dialog ze skrzypcami. Nasza rozmowa, krótkimi, szybkimi, urywanymi nutami przeistacza się w bezkrwawą muzyczną walkę – taniec, pełną męskiego instynktu rywalizacji, iskrzących brzmień przeskakujących pomiędzy baranimi rogami fletów, a cięciwą smyczka i ścięgien strun. W tym pojedynku na dźwięki nie ma przegranych (za wyjątkiem nie „przegranych” jeszcze pomysłów kompozycyjnych), są tylko wygrane nuty w poszczególnych rundach muzycznych potyczek. Gra dobiega końca, zmierzch ciężkimi brzmieniami saksofonu tenorowego w wolnym rytmie ukazuje się finalnie. Ostatnie promienie słońca w tonacjach przygaszonych czerwieni altowych i bladych różów fletami malowanych żegnają mnie.
Czas 54’10’’

Gata Göttel

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags