W takich to oto okolicznościach natury kulinarnej upływała nam po­dróż ‘Stefkiem’ w drodze powrotnej do Europy.
I tu nasuwa mi się ‘pod komputer’ bardzo poważny obowiązek natu­ry historyczno- merytorycznej, o którym w pośpiechu jeszcze nie na­pisałem. W gwarze batorowskiej wszystkie trzy działy załogowe miały swoje ksy­wy, specyficzne nazwy.
[smartads]

Nawigatorów (było w około 42 w załodze statku) nazywaliśmy w języku ksywy MŁOTKAMI, z tegoż to powodu, że gdy podczas różnych postojów w portach lub ładnej pogody na morzu podczas przelotu – marynarze pokładowi malowali wszystko co można było pomalować – jednakże przedtem należało odbić rdzę młotkami – dlatego też nazwa ‘młotki’. Klasa ro­botnicza, oficerska mechaników (inży­nierów) też około 40 ludzi, zwała się w naszym żargonie BRUDASY, gdyż wychodząc z maszy­ny byli usmołowani, ubrudzeni jak nieboskie stworzenia. Zrobiłem przy tym fenomenalne spostrzeżenie: im mecha­nik więcej lat po szkole morskiej chodził na Politechnikę i zdobywał coraz wyższe wykształcenie (I elektryk – już zapomniałem nazwiska, przyjemny, wielkiej wiedzy, nieaktywny członek PZPR, delikatny człowiek) wy­chodził do ludzi czarny jak przysłowiowy Murzynek Bambo i cały proces mycia – mimo, iż odbywał się długo, był zawsze rezultatem połowicznym – więc dlatego owe „brudasy”. Drugą część mego fe­nomenalnego odkrycia powiem w skrócie telegraficznym. Jasio Rackman – starszy mechanik – tego brudnego w akcji nie widziałem nigdy, za to zawsze bywał pierwszy do ‘koryta’ i na parkiecie ta­necznym z ‘jarzynami pol­skich gór’. Nas, oficerów hotelowych – in­tendentów – zapewne z racji rozkładania parasoli słonecznych na po­kładzie, nazywano PARASOLAMI. Jak sobie przypominam, pod względem merytorycznym na ‘Batorym’ żadnych parasoli nie było – nazwa została. Oto strzępki rozmów prowadzone w messie oficerskiej. W pierw­szej podróży nasza grupka oficerska liczyła około 40-stu sztuk, wszyscy poznali moje imię:

–          Ty, Andrzej, coście k….. PARASOLE dzisiaj za zupę uwa­rzyli! Przecież ta zupa jest do h…nie po­dobna. No spróbuj k…. i sam osądź, co to jest. Zupa minestrone czy g…?  Cóż powiedzielibyście, gdybyśmy was zawieźli do Chin czy In­donezji zamiast do Europy…- padło zażalenie nawigatora.

–          Wiesz Staszek, mnie jest wszystko jedno.. – ja mógłbym do­okoła świata pod warunkiem, że znowu w waszej ‘genialnej’ MŁOTKOWEJ edukacji meteorologicznej, a być może tępo­cie w zakresie od­czytywania danych po angielsku nie wpad­niecie w ‘oko niżu’… to mi naprawdę wszystko jedno do­kąd popłyniecie….- odparowałem.

Tu włącza się asystent mechanika, znacznie starszy pan, ten co tak ostro zareagował na Jasio -Engelsowe po­witanie po holendersku:

–          K…., to przecież nie ‘obiod’. Ja bym za taki obiod starej nogi z d…. powyrywoł. Czy wy PARASO­LE tego nie widzi­cie? – zadawał retoryczne pytanie ledwo co domyty (a pra­wie, że nie ) BRUDAS.

–          Wszystko według normy złotówkowo-dewizowej… towa­rzyszu asystencie. W ramach reklamacji możecie zgłosić się do Delegata Załogowego lub wspomnieć na Egzekutywie OOP – rzecze pełnym godności głosem p. Stasia K. – chole­ra, taka fajna, a była … tego, a taka…  „czerwona”.

–          Nie zawracaj głowy, d… smętna….. ( tu padło jeszcze jedno słowo) – odzywa się niepartyjny, dlate­go też ‘wieczny’, od 30 lat asystent maszynowy BRUDAS, p. Liedke gdańszcza­nin trochę ‘przy­niemczony’ ale serdeczny i bardzo dobry oraz nadzwyczaj uczynny człowiek w wieku około 60 lat…

Takie i inne rozmówki, na pograniczu niekiedy scysji miały miejsce w messie oficerów. Specjalnego ‘Wer­salu’ tam nie było. Pociesza mnie tylko to, że i w prawdziwym też się za grzecznie nie zachowy­wano – wy­jąwszy ten pożyteczny moment, kiedy Ludwikowi XVI i Maryśce Antoninie ‘demokratycznie’ zgilotynowa­no mało demokra­tyczne – na owe czasy – głowy. Trzeba wiedzieć, że jeśli stale ogląda się przy każdym po­siłku te same twarze, to i podobno niekiedy ma­niery zostają w porcie – nie wiem tylko jakim?

Drobne różnice, niesnaski, komentarze przytrafiające się w niezbyt wielkiej messie oficerskiej były typowe dla trzech działów okręto­wych: pokładu, mechaników i hotelu. Oczywiście HOTELU była przytłaczająca masa w licznie około 250 ludzi. W messach załogo­wych działy techniczne miały inne pomieszczenie, a inne PAROSO­LE. Nie-oficerowie zbierali się w osobnych pomieszczeniach oddzie­lonych od siebie przynajmniej stalowym szotem (ściana na statku nosi nazwę szotu). Bardzo ciekawe były jednakowoż podziały hierar­chiczne w samym hotelu. Do arystokracji należeli tedy: szef kuchni, starszy cukiernik, starszy penterman (kredensowy, kuchenny), starsi stewardzi, wine stewardzi i barmani – ci ostatni z tytułu ‘bajońskich’ zarob­ków. Tym arystokratom statkowej ‘klasy robotniczej’ przynoszono w wielu przypadkach posiłek do ich ka­bin, gdzie odbywała się parada ‘wiernopoddańcza’ na niższym, półoficjalnym szczeblu. Dla mnie te wszyst­kie podziały były przez moje całe życie marynarskie niezbyt logiczne, ale w końcu musiałem je akceptować, bo sam nie byłbym nigdy akceptowany. Wymogłem jednak na komunistycznym ‘Stefanie Batorym’, by nie tytułowano mnie, nie robiono teatru, a zwracano się do mnie po imieniu. Demokrata. Nadmiar demokracji połączony z brakiem mojego doświadczenia życiowego i bardzo ‘grzesznie’ młodym wiekiem, przysporzył mi sporych trudności zawodowych i psychicznych. Pierwszy rejs był – jakby nie było – etapem zapoznaw­czym, odkrywczym i dość jeszcze odległym od ‘załamań’ i trudnych rozmyślań ‘filozoficzno – życiowych’.

Tutaj muszę dodać, że po dwóch moich pierwszych podróżach inten­dentem na statku został ponownie, wita­ny wybuchami szału radości przez większości załogi hotelowej – p. Henryk Szenk. Nastąpiła więc zamiana (chyba już przedostatnia) z ‘Janczarem Alkiem-Mieciody­stą’. Jak uniknąłem ponownego spotkania z Jancza­rem w roku 1973 – opowiem przy okazji moich wspomnień ‘okresu wojny’ …w Wiet­namie… tak sobie oko­ło 16.000 kilometrów od Gdyni i Montrealu. Henio Szenk miał zabawną wymowę. Pewnie przez niezbyt dokładne i systematyczne badania dentystyczne – nie znosił świata lekarskie­go, mikstur, pigułek, a nade wszystko zastrzyków domięśniowych – ja także – Henio nosił coś w rodzaju kanadyjskich ‘mostków’ prote­tycznych, które mu się stale obluzowywały ze względu na kompletną ignorancję montrealskich terminów dentystycznych. Mowa Henia była zatem prawie chińska, gdyż nie wymawiał wyraźnie głoski ‘R’, a za to systemem chińsko-wietnamskim zmieniał ją w ‘L’. Oprócz tego Henio, wtedy około 60.-tki, cierpiał na stałe, nagminne powsta­jące i tworzące się kamienie żółciowe i choć pił w stosunku do in­nych ‘wysokich oficerów’ bardzo mało – paliła go zawsze przeklęta zgaga. Bardzo lubił kobiety choć ich nie używał – miał jednak oj­cowski stosunek do każdej z nich i przyzwyczaił się mówić do każ­dej ‘dzióbuchna’… Z biegiem lat, szere­giem dolegliwości, straco­nych na wysokim intendenckim stołku nerwów i bardzo osobliwego stylu pracy z powszechnie używanego ‘dzióbuchna’, wytworzyło się ‘dzióbuchna, ku(l)wa mać’. Owa ‘dzióbuchna, ku(l)wa mać’ stała się przyczyną wielu anegdot, plotek, skandali na ‘Stefanie Batorym’. Jako 60-cio latek nie budził się tak wcześnie, gdyż ‘obowiązki towa­rzyskie’ trzymały go na parkiecie i w barach do 2 lub 3-ciej w nocy – odsypiał tedy Henio ‘nadszarpnięte noce’ w pierwszych godzinach otwarcia biura intendenta. Po otwarciu drzwi do naszego office’u słyszeliśmy niezmiennie:

–          Dzióbuchna, ku(l)wa mać, Andrzej – idź obudzić tego (l)uja, E(l)yka Kulma i sprawdź czy nie poro­bili nadużyć w Barze Amerykańskim, i czy fotograf nie kasuje forsy na lewo…

–          Pani Nelu, dzióbuchna ku(l)wa mać – niech pani pójdzie z łaski swojej i sp(l)awdzi czy te (l)uje, f(l)yzjerzy nie ‘chałtu­rzą’ na Bal Kapitański??- wydawał polecenia intendent.

Następnie wbrew wszystkim normom światowym na wszystkich statkach pasażerskich całego świata – po umyciu i wypachnieniu się (tylko angielskim Old Spice After Shave Classic) wtaczał się Henio (waga netto, żywa około 140 kg) do biura, bez marynarki munduro­wej ze złotymi trzema i pół pasami, co kolidowało z godnością wła­dzy, a na zapytanie kapitana – dlaczego urzęduje bez gali munduro­wej zwykł Henio odpowia­dać:

–          Dzióbuchna, ku(l)wa mać, Herek (kapitan Hieronim Majek – o nim później) po (h….) mi te paski, i tak do g(l)obu na Wi­tominie (cmentarz w Gdyni – przyp. autora) ze sobą tych ku(l)ewskich złotych pasków nie wezmę….. ripostował He­nio Szenk.


  

Nawigacja

Strona 1 2

Następna strona >>

  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags

hieronim majek