Trzy dni po maratonie a ja wciąż czuję w nogach to nieziemskie zmęczenie. Ale było warto! Moim czasem co prawda nie ma co się chwalić (byłam prawie tak dobra jak mistrz… no może z niewielką różnicą 3 godzin J ). Ale najważniejsze, że dobiegłam!
W niedziele 15 kwietnia ulicami Wiednia przebiegło ponad 36 tysięcy ludzi w ramach 29. Vienna City Maraton. Najszybszy był Kenijczyk Henry Sugut, który odległość 42,195 km pokonał w 2:06:58, ustanawiając tym samym nieoficjalny rekord. Natomiast pierwszym Europejczykiem (10.miejsce) był Polak Artur Kozłowski z czasem 2:10:58. Kto nie miał siły na cały klasyczny 42 kilometrowy maraton, kończył bieg po 21 km lub startował w sztafecie, a dzieci w coca- cola run 4.2 km i 1.0 km.
Pogoda nie rozpieszczała tego dnia, ale na szczęście nie padało. Atmosfera super- tysiące zaangażowanych w doping przechodniów. Ludzie dopingowali z balkonów, okien, samochodów do samego końca, bez ich wsparcia nie wiem czy bym dobiegła. Jednym słowem super zabawa, miła przyjazna atmosfera i śmieszne sytuacje: najbardziej podobał mi się biegnący rycerz w metalowej zbroi J Ponadto pochwała należy się organizatorom za dobrze rozlokowane przystanki z wodą i napojami izotonicznymi, oprawę muzyczną na całej trasie, pokazy akrobatyczne etc.
Aby wystartować w maratonie zaleca się co najmniej 6 miesięczny trening 4-6 godzin tygodniowo. Ja zdecydowałam się na początku tego roku, więc nieco ponad 3 miesiące przed startem. Rzeczywiście to trochę mało, miałam dość siły by zaliczyć odcinek pół maratonu, później było już o wiele ciężej. Moim celem było po prostu dobiec do mety. Chciałam raz w życiu zrealizować taki cel, tak dla siebie, po to, aby udowodnić sobie, że jestem wytrwała, z resztą powodów zawsze jest wiele- dla jakiejkolwiek idei, dla mamy, dla taty, dla Polski J. Kryzys zaczął się gdzieś po 30. kilometrze (trasa Stadion-Hauptallee- Lusthaus i powrót na Ring), zaczęłam odczuwać nasilający się ból w nogach, ale nie miałam wtedy najmniejszego zamiaru by rezygnować. 35. kilometr – i tu zaczął się koszmar! Czułam się coraz bardziej wyczerpana, wszystko mnie już wtedy bolało a mety ciągle nie było widać. Ostatnie 3-4 kilometry były dla mnie już tylko walką ze samą sobą, za nic w świecie nie chciałam się poddawać, przekonywałam samą siebie, że skoro przebiegłam 38 km to czemu miałabym nie dać rady pokonać jeszcze 4. Myślałam tylko o czerwonym dywanie na Heldenplatz… Dałam radę, ledwo ledwo, ale dobiegłam, na miejscu otrzymałam nawet pamiątkowy medal za ukończenie maratonu. I wcale nie byłam najgorsza! J
Myślę, że udział w maratonie to świetna sprawa, której warto raz w życiu się podjąć. Polecam serdecznie, jednak zalecam również co najmniej półroczny trening- bez tego nie ma się co rzucać na trasę 42 km. Sama już chyba nie chcę tego powtarzać, pół maraton owszem, może nawet za rok, ale cały hmm

Pozdrawiam w imieniu redakcji

Paulina Humieja

  


  
  
  

Komentarze



Dodaj komentarz

  
  

Tags